Stresować i tresować! Tak zatytułowałem dzisiejsze rozważanie biblijne. Za chwilę rozwinę tę myśl, ale najpierw zerknijmy do Pisma Świętego. Pan Jezus mówi po obmyciu nóg apostołom: „Nie mówię do was wszystkich. Ja wiem, kogo wybrałem, lecz muszą się wypełnić słowa Pisma: Kto jadł ze Mną chleb, uknuł podstęp przeciwko Mnie”.
To są słowa oczywiście o Judaszu, wypowiedziane podczas Ostatniej Wieczerzy. Pan Jezus wiedział, że Judasz Go zdradzi. Czytałem różnych Ojców Kościoła wypowiedzi na ten temat i bardzo mocno to podkreślają, że Pan Jezus miał tę świadomość. Ale Go jakoś nie zatrzymał, bo tak bardzo Pan Jezus ceni wolną wolę człowieka, że daje mu do końca możliwość wyboru. To nie jest tak, że Judasz musiał to wykonać, żeby się spełniły Pisma. Gdyby podjął inną decyzję, pewnie inaczej by to wszystko się potoczyło, bo zapowiedź byłaby wypełniona, ale w inny sposób.
Natomiast Pan Jezus tego nie zatrzymał. I tak się zastanawiałem długo, dlaczego. My tu patrzymy z wielkim zgorszeniem na to, co się wydarzyło, na zdradę Jezusa przez Judasza, który był Jego zaufanym apostołem, do grona Dwunastu przecież należał. Ale nie wiemy, jak by się potoczyła historia, gdyby Pan Jezus go w tym momencie zatrzymał. Przecież Judasz mógł być jeszcze bardziej wtedy sfrustrowany. Planował obalić władzę rzymską, spiskował razem z ludźmi, którzy buntowali się przeciwko władzy. Ewangelie mówią, że jednym z motywów zdrady Jezusa było to, że zawiódł się na Nim, bo myślał, że Jezus zbrojnie zbierze ludzi i obalą wreszcie panowanie rzymskie w Jerozolimie.
Gdyby nie ta zdrada, gdyby Judasz nie skończył tak, jak skończył, może by jeszcze większe zło dokonał. Może by zorganizował ludzi, przelałoby się wiele krwi podczas buntu. Tego nie wiemy. Niezbadane są wyroki Boże, jak mówimy. Ale tu najistotniejsze jest, że Pan Jezus do końca dał mu wolną wolę.
Teraz przejdę do tematu dzisiejszego rozważania. Stresować i tresować. To jest akurat cytat, który znalazłem w jednym z komentarzy. Bardzo mi się spodobał. Generalnie przedstawiał mamę, która opiekuje się nastolatką, i jedna z pań napisała: „Szkoda, że ja, gdy byłam nastolatką, nie miałam takiego wsparcia emocjonalnego od mamy, która by się właśnie zatroszczyła o mnie, ale ona mnie tylko ciągle stresowała i tresowała”.
To sformułowanie tak mi się spodobało, że pomyślałem, czy w Kościele czasami tak nie robimy, że stresujemy tych ludzi i tresujemy. Zwłaszcza w kontekście przygotowania do bierzmowania. Jutro będziemy mieli – przepraszam, bo ja to nagrywam trochę wcześniej – bierzmowanie w Chodzieży, młodzieży z naszej parafii. Jak ich przygotowywałem, to już sami muszą powiedzieć, czy ich tam mocno stresowałem, czy tresowałem, czy nie.
Rozmawiałem też z dziećmi ze szkoły i one mi powiedziały, jak wyglądało przygotowanie do pierwszej Komunii. To był, proszę księdza, tylko stres i ganianie nas, sprawdzanie. Zbieraliśmy jakieś obrazki. „Księże, ja miałam patent. Raz jeden tydzień ja szłam do kościoła, powiedziałam księdzu, że koleżanka jest chora, brałam dwa obrazki. Następny tydzień szła druga koleżanka, ona powiedziała, że ja byłam chora, brała dwa obrazki”.
Dzieci kombinują, obmyśliły patent. Następna mówi: „A ja to kupiłam przez internet, przecież można gotowy zestaw obrazków kupić i kupiłam, i gotowe miałam. Jeszcze chyba koleżance też”. I zobaczcie, dzieci idą do Komunii, a już się uczą, jak tu kombinować, jak zakręcić to wszystko.
Czy gimnazjaliści – jak uczyłem w gimnazjum – też kombinowali z książeczkami. Jeden za drugiego chodził do spowiedzi, na przykład. Czasami przychodziła dziewczyna po podpis do kościoła, patrzę na książeczkę, a tam jest napisane Jacek, a nie jej imię. Nie ze swoją książeczką. To było tylko uczenie kombinatorstwa, krętactwa, nawet już tych najmłodszych dzieci.
Jakże często to przygotowanie do Komunii czy do bierzmowania to jest tylko stresowanie i tresowanie: to i to masz zrobić i będzie dobrze. Ale zobaczmy – mówię do tych dzieci – teraz z tego, co wiem, nie ma żadnych książeczek, nie ma żadnego sprawdzania obrazków, jest zaufanie. „Jak to zaufanie?” Były w ogóle zdziwione, że można komuś zaufać, że można po prostu powiedzieć: zachęcamy, żebyś przyszedł, i przyjdź.
To jest trudniejsze, bo łatwiej jest egzekwować podpisy, łatwiej jest sprawdzać, rozliczać, a trudniej zorganizować na przykład Mszę Świętą dziecięcą, gdzie będzie ciekawe kazanie dla dzieci, ciekawe wprowadzenie w liturgię, gdzie dzieci będą zaangażowane, chociażby w procesję z darami czy w czytanie modlitwy powszechnej, którą wcześniej katecheta przygotuje w szkole.
Na to potrzeba czasu, potrzeba sił, potrzeba zorganizowania zespołu dziecięcego, żeby dzieci też śpiewały w trakcie liturgii, w trakcie Mszy Świętej. Zorganizowania dobrego klimatu dla rodziców, bo skupiamy się głównie na dzieciach, a to przecież od rodziców zależy – jeśli rodzice tych dzieci nie przyprowadzą, to ich po prostu nie będzie.
To jest wszystko trudniejsze. Stresować i tresować – to jest łatwe. Ale później przychodzi czwarta klasa podstawówki – dzieci w kościele nie ma. Przychodzi druga klasa szkoły średniej – młodzieży już nie ma. Baj, baj. Pożegnali się uroczyście w obecności biskupa z Kościołem.
Tutaj wzorem jest Pan Jezus – niedoścignionym. Nawet w przypadku Judasza wiedział, że będzie zdrada, ale do końca mu ufał, dawał mu wolną rękę, wolną wolę. Tak bardzo Jezus ufa też tobie, że będzie ufał do samego końca.
To jest ta główna myśl. I jeszcze druga: „Kto przyjmuje tego, którego Ja wysyłam, Mnie przyjmuje, a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał”. Teraz trwamy w Tygodniu Modlitw o Powołania, w tygodniu po Niedzieli Dobrego Pasterza. Pamiętajmy o tym, że jeśli posyła nas Kościół z tym głoszeniem, czy wspólnota, do której należymy, czy parafia, i głosimy Słowo Boże, to nie idziemy we własnym imieniu, ale w imieniu i z mocą Tego, który nas posyła – z mocą Chrystusa.