Ab omni perturbatione securi. W języku łacińskim. Wrócę jeszcze do tego, dlaczego mówię w języku łacińskim.
Dzisiaj mamy ciekawy tekst biblijny. Pan Jezus wraca do swojego miasta, do Nazaretu, i tam publicznie przemawia. Dzisiejsze rozważanie może będzie nawet aż zbyt osobiste, ale naprawdę dostrzegłem dzisiaj, jak ten tekst biblijny może korespondować właśnie z naszym życiem poprzez moje doświadczenia, więc dzisiaj dosyć mocno egzystencjalnie go osadzę.
Najpierw przyjrzyjmy się, co się wydarzyło. Pan Jezus wraca do Nazaretu, gdzie się wychował, jest zapisane, czyli wraca skądś. Już rozpoczął publiczną działalność, już powołał pierwszych uczniów, był chrzest, było czterdzieści dni na pustyni, wraca, dokonuje już pierwszych cudów, bo przecież sami ci ludzie odwołują się do tego: „Dokonajże i tu, w swojej ojczyźnie, tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum”. Jezus dokonuje już pierwszych cudów i wraca z powrotem do swojej rodzinnej miejscowości.
Już nie jest tym, kim był wcześniej. Oni widzą, że coś się zmieniło. Sami zresztą są zdziwieni Jego sposobem przemawiania. „Dziwili się pełnym łaski słowom, które płynęły z ust Jego” – zapisał ewangelista Łukasz.
W pewnym momencie Pan Jezus już zbyt osobiście dotknął ich serc. Co czytamy? „Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwawszy się z miejsc, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na urwisko góry, na której zbudowane było ich miasto, aby Go strącić. On jednak, przeszedłszy pośród nich, oddalił się”.
Zobaczmy, gdy tę Ewangelię słyszymy w kościele albo może sobie czytamy w spokoju, w zaciszu domowym, możemy nie odczuć tej dramaturgii. Przecież wyszarpać Go ze świątyni, wyprowadzić poza miasto, wyrzucić Go, wyprowadzić na urwisko góry – to nie jest rzecz: dobrze, panu podziękujemy, proszę wyjść, pan opuści już tutaj synagogę. Nie. Oni Go wyszarpali, ciągnęli Go, chcieli Go strącić z góry.
Aż przychodzi ten moment, to ostatnie zdanie całkowicie nieoczekiwane: „On jednak, przeszedłszy pośród nich, oddalił się”. Dzięki swojej boskiej mocy w pewnym momencie ten cały chaos się zatrzymał i nie mieli siły, żeby już Go strącić z tej góry. Jezus przeszedł, oddalił się.
Na tym chciałbym się skupić, dlatego też dzisiaj odwołuję się do tego fragmentu. Kto dobrze słuchał początku, pewnie skojarzył, że tu chodzi o fragment modlitwy podczas Mszy Świętej. Tam, gdy mówimy wszyscy wspólnie „Ojcze nasz”, później ksiądz mówi takie słowa: „Wybaw nas, Panie, od zła wszelkiego, obdarz nasze czasy pokojem, wspomóż nas w swoim miłosierdziu, abyśmy zawsze wolni od grzechu i bezpieczni od wszelkiego zamętu”.
Na tych słowach chciałbym się skupić: bezpieczni od wszelkiego zamętu.
Dlaczego? Ponieważ niedawno skończyłem urlop, czas wakacyjny. Świetnie go przeżyłem. Początek wakacji – rekolekcje kapłańskie, później dwa tygodnie w lesie na obozie skautowym. Piękny czas. Prawie telefonu nie używałem, samochód stał nieużywany, przyroda, miła atmosfera jak na obozie harcerskim, wieczorne ogniska, śpiewy, codzienna polowa Msza Święta na łonie natury. Piękny czas. Później jeszcze wizyta w domu, rodzinne spotkanie ze znajomymi, z bratem, z rodziną. Piękny czas. Człowiek gdzieś żył tak trochę poza tym życiem parafialnym.
Tydzień temu wróciłem i nagle właśnie jakiś chaos, zamęt, wejście w te lokalne tutaj układy: ten z tym rozmawia, ten z tym nie, ten tego lubi. Człowieka gdzieś próbują wmanewrować w te swoje sprawy, gdy de facto jestem tu dzisiaj na parafii, za rok, za dwa może będę na innej i naprawdę tymi sprawami aż tak nie żyję. Jak odejdę z Ujścia, być może nawet przez najbliższe dziesięć, dwadzieścia lat tutaj w ogóle nie przyjadę. Jak już będzie obwodnica, to nad morze już się całkiem będzie Ujście omijać. Człowiek wraca, a ludzie na siłę próbują go wciągnąć właśnie w te swoje układy lokalne, jakieś niesnaski.
Zobaczmy, co się stało z Jezusem. On wraca – właśnie na to zwróciłem uwagę – wraca z powrotem do swojej rodzinnej miejscowości. Ci ludzie Go otoczyli, wciągnęli, chcieli Go strącić, chcieli Go wyszarpać. Właśnie skojarzyło mi się to z takim obrazem, że człowiek wraca i nagle doświadcza tego wszystkiego.
To odniesienie do tekstu modlitwy z Mszy Świętej nie jest moje, ale rozmawiałem na ten temat z jednym z księży i właśnie tak mi poradził. Mówi: „Kojarzysz? Przecież na każdej Mszy się tak modlisz”. No rzeczywiście, nie? Człowiek tak się modli, a czasami nieraz jakieś słowa może i mechanicznie wypowiada.
Ta niedziela była dla mnie taka dosyć trudna. Przygotowałem sobie fajne kazanie, też jako rozważanie, tu je nagrałem, można sobie posłuchać, ale jakoś się nie odważyłem go mówić w kościele, bo nie miałem sił. Właśnie ta sytuacja, ten zamęt, to wszystko mnie tak przytłoczyło, że wolałem czytać katechezę z okazji Niedzieli Kongresowej.
Ta rada księdza uświadomiła mi właśnie: „bezpieczni od wszelkiego zamętu”, że czasami w naszym życiu pojawia się taki zamęt, zamieszanie, wiele różnych rzeczy zewnętrznych, które gdzieś człowieka próbują ściągnąć.
To ab omni perturbatione securi oznacza właśnie zamęt, niepokój, wzburzenie, rozdarcie, zakłócenie porządku. W tej modlitwie podczas Mszy Świętej ważne jest, że mamy rozróżnienie: najpierw grzech, później zamęt, czyli to nie jest to samo. Grzech to jest ewidentnie coś, co ktoś popełnił. Jesteśmy tego świadomi, na spowiedzi człowiek wyzna. Zanim jednak pojawi się ten grzech, właśnie często pojawia się jakiś zamęt, zamieszanie – czy to zewnętrzne, czy później, niestety, jeśli jesteśmy bardziej wrażliwi, przechodzi na nasze wnętrze: jakiś niepokój, poczucie zagrożenia, trwoga, rozdarcie. To wszystko może też prowadzić dalej do grzechu.
Teraz dałem takie osobiste świadectwo o tym moim zamieszaniu, ale kończmy już konkretnie, bo może ktoś się odnajdzie w tych sytuacjach, które teraz podam.
Takich parę przykładów. Ktoś wyjechał za granicę, pracuje, wraca do rodziny na święta i nagle go właśnie wprowadzają w te rodzinne niesnaski, że ta się z tą pokłóciła, ta z tą nie rozmawia, tamci się o majątek pokłócili. Człowiek już żyje innym światem, ma gdzieś tam w Holandii, w Niemczech, nie wiem, pracuje w Wielkiej Brytanii. Ma swoje sprawy, swój świat, swoje troski, wraca, a tu na siłę próbują go właśnie w coś wciągnąć.
Czy ktoś idzie na studia, żyje tym życiem studenckim, wraca do domu, a tu próbują go właśnie w wiele rzeczy wciągać. Myślę, że możemy jeszcze różne przykłady dać. O, może na przykład z pracy: ktoś jest dłużej na chorobowym, wraca czy przychodzi odwiedzić kolegów, koleżanki, a oni mu tam: a ta z tą, a ta z tamtą, o kierowniku, o wszystkich innych – próbują człowieka wciągać.
Tak właśnie dzisiaj widzę ten fragment Ewangelii, tę końcówkę zwłaszcza. Początek był taki, że Jezusa przyjęli i byli zachwyceni, ale później zaczęli Go wyciągać z synagogi, chcieli Go strącić. Wszedł właśnie w ten cały ich lokalny układ.
Co mnie bardzo uderzyło, to fakt, że Jezus nie uzdrowił tej sytuacji w sensie, że jakoś nie sprawił, że ci ludzie byli pogodzeni, poszli do swoich domów. Po prostu odszedł między nimi, odszedł stamtąd, nie chciał w to wchodzić. „On jednak, przeszedłszy pośród nich, oddalił się”.
Daj nam, Panie Jezu, właśnie tyle sił, żeby w tych momentach, gdy ktoś próbuje wprowadzić jakiś zamęt w naszym życiu, gdy inni próbują wciągnąć nas w swoje rozgrywki, manipulując nami, w swoje własne niesnaski, żebyś, Jezu, nas wziął właśnie tak spośród tych ludzi i oddalił w takie bezpieczne miejsce.
Czasami nie da rady fizycznie odejść. Jedni i tak będą na drugich gadać, będą walczyć, kłócić się, ale niech chociaż ten zamęt zewnętrzny nie wpływa na nasze wnętrze, żeby tam nie było zamętu, chaosu.
O to prośmy Pana Jezusa.