Tak dzisiaj chciałbym zatytułować rozważanie. Pierwotnie chciałem powiedzieć, że Maryja motywuje do działania, ale bardziej widzę to właśnie jako takie delikatne pchnięcie.
Może mieliśmy taką sytuację, że gdzieś mieliśmy coś rozpocząć, publicznie wyjść czy po prostu coś zacząć, ale w obcym środowisku gdzieś się baliśmy. Wystarczyło wtedy, że ktoś bliski szepnął nam na ucho jakąś radę albo tak delikatnie pchnął: „No idź już, dobra”. I człowiek zaczyna.
Zobaczmy, dzisiaj tak właśnie widzę ten tekst. Mowa oczywiście o cudzie w Kanie Galilejskiej, pierwszym cudzie, którego dokonał Pan Jezus. Gdy słyszymy tę Ewangelię w Kościele, możemy mieć nieraz takie nieodparte wrażenie, że tutaj pojawił się pewien chłód ze strony Jezusa. Maryja mówi: „Nie mają już wina”, zwraca się tak do Jezusa, a Jezus odpowiada: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Jeszcze nie nadeszła godzina moja”. Jakbyśmy powiedzieli: tak szorstko odpowiedział. Maryja się nie zraża. Zwraca się do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.
Teraz zobaczmy na ten tekst w szerszym kontekście. Znowu jest ciekawostka. Już kiedyś o tym mówiłem, że teksty, które są czytane w Kościele, bywają redakcyjnie skracane. To jest akurat lekcjonarz, taki malutki mszał, i powiem, że jest tu małe nadużycie, bo pokazuje on, że jest to Ewangelia Jana, drugi rozdział, wersety od 1 do 11. W ramach uczciwości powinno być napisane „1b”, ponieważ czyta się tak: „W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele”. Tak ten tekst większość z nas zna.
Jeśli jednak zerkniemy do Pisma Świętego, drugi rozdział rozpoczyna się: „Trzeciego dnia w Kanie Galilejskiej odbywało się wesele”. Zobaczmy, to „trzeciego dnia” zostało usunięte. Być może jest to po prostu taki zabieg redakcyjny, żeby człowiek się nie zastanawiał, co to za trzeci dzień, tylko od razu słyszał perykopę właśnie o cudzie w Kanie Galilejskiej.
Ale to jest bardzo istotne. To mi pomogło spojrzeć szerzej na ten tekst, bo zastanawiałem się: co to za trzeci dzień? Jakiego trzeciego dnia?
Wcześniej mamy opisane w Ewangelii Jana, jak Pan Jezus jest nad Jordanem i powołuje pierwszych uczniów. Jest to trzeci dzień od powołania, kiedy spotkał Natanaela. Może nie będę już szukał. Pierwszy rozdział, końcówka: „Nazajutrz Jezus postanowił udać się do Galilei” i spotkał Filipa. Właśnie tutaj, w tym tekście, mamy Filipa, który spotkał Natanaela. Nie będę już analizował tego tekstu szczegółowo, ale chodzi o to, że jest to trzeci dzień od tego momentu.
Poszedłem dalej chronologicznie: co się działo wcześniej? Pan Jezus najpierw przyjął chrzest w Jordanie. Ewangelista Jan nie opisuje, ile to było dni wcześniej, tylko w takiej retrospekcji Jan Chrzciciel opowiada o chrzcie. Wiemy od pozostałych ewangelistów synoptycznych, że później było 40 dni postu na pustyni, kiedy Pan Jezus przygotowywał się do publicznej działalności.
Dalej ewangelista Jan trzy razy używa określenia „nazajutrz”. Najpierw Jan Chrzciciel powiedział: „Oto Baranek Boży”. Później Andrzej, którego Jan Chrzciciel skierował do Jezusa, poszedł za Nim. Następnie Jezus powołuje kolejnych uczniów i rozmawia z Natanaelem.
Teraz mamy: trzeciego dnia pojawiają się w Kanie Galilejskiej. Jezus mówi: idziemy do Galilei. Zobaczmy więc, oni przychodzą do Kany Galilejskiej.
Dzisiejszy tekst rozpoczyna się znowu dwoma istotnymi zdaniami. Jest tam mowa o tym, że Maryja już była na miejscu, a na to wesele zaproszono także Jezusa z Jego uczniami. To nie znaczy, że oni przyszli później czy się spóźnili. Tekst grecki tego wprost nie mówi. Istotne jest to, że Maryja w tym czasie przebywała w Galilei. Mogli nawet razem wejść na to wesele.
Niektórzy mówią, że Maryja może była wcześniej, bo tam pomagała w kuchni czy była zaproszona, bo była bliżej tej rodziny — tego nie wiemy. Wiemy jednak, że Maryja po tym półtora miesiąca mniej więcej czy nawet dwóch miesiącach zobaczyła swojego Syna Jezusa.
Co jest ważne, dostrzegła w Nim pewną zmianę, gotowość już do publicznej działalności. Wcześniej Pan Jezus przecież był Synem Bożym, ale nie wykonywał żadnych cudów, nie nauczał publicznie, a Maryja wiedziała: przecież to jest Syn Boży, przecież tak zwiastował jej archanioł Gabriel.
Zobaczmy, widzi Jezusa wchodzącego ze swoimi uczniami. Widzi, że już był chrzest, Duch Święty zstąpił, Jezus jest gotowy. Jezus przeszedł czas przygotowania na pustyni, powołał już pierwszych uczniów, przychodzi do Galilei, ale jeszcze nie czyni cudów. Ewangelista Jan wprost napisał, że taki początek znaków uczynił Jezus. Później, gdy opisuje kolejny cud, mówi, że był to drugi znak, którego dokonał Jezus. Czyli ten był ewidentnie pierwszy.
Jezus mógł przyjść i zastanawiać się właśnie, jak rozpocząć tę publiczną działalność. Może jakiś spektakularny cud? Może kogoś wskrzeszę? Może rozmnożę chleb? Może uciszę burzę na jeziorze? Mógł się tak zastanawiać.
A to wszystko wyszło niemalże spontanicznie. Maryja, która Go dostrzegła, zobaczyła: tak, ja widzę, On już jest gotowy. Prosi Go o to wino. Jezus tak jeszcze się właśnie waha: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Jeszcze nie nadeszła godzina moja”.
Tu właśnie nawiązuje do tego początku. My nieraz się wahamy, chcemy coś rozpocząć, ale jeszcze: może tak, może nie. Potrzeba tego kogoś, kto nas tak pchnie, zmotywuje, kogoś, komu ufamy.
Maryja tymi matczynymi oczyma — dzisiaj jest uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej — właśnie dostrzegła w swoim Synu ten potencjał, że to już jest teraz: już jesteś gotowy, chłopie, idziesz i robisz to.
Pan Jezus dokonuje pierwszego cudu. To jest naprawdę piękne przeżycie tej Ewangelii, gdy sobie wyobrazimy tę sytuację w takich realiach czysto ludzkich, gdzie Maryja mówi do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”, Jezus się ośmiela i dokonuje pierwszego cudu.
Teraz przełóżmy to na nasze życie, bo to jest najistotniejsze, żeby Ewangelia trafiała do naszego życia. Może być tak, że podejmujesz jakąś decyzję, boisz się, wahasz i właśnie w twoim życiu ktoś był, kto cię tak pchnął, powiedział: „Dobra, zaczynaj”. Może to była właśnie mama, która ci ufała, wspierała. Nie zawsze tak jest, ale może tak było. Może to jest jakiś przyjaciel, ktoś bliski, mąż, żona. Mówi: „Idź, zacznij”. I zaczynamy.
W naszym życiu duchowym też może być tak, że czegoś się obawiamy. Nie wiem, rozpoczęcia regularnej modlitwy, pojechania na rekolekcje, pójścia na pielgrzymkę, oświadczenia się, wzięcia ślubu kościelnego. Przecież gdzieś tam żyją tymczasowo, bo sobie tak w konkubinatach przez długie lata i się boją, cały czas się wahają, bo cały czas nie widzą tego momentu, kiedy można coś rozpocząć, kiedy można pójść na całość.
Właśnie to może być ten czas, że Maryja powie: „Idź, to dobrze, rozpocznij”, lekko pchnie do przodu. Ale żeby to się w praktyce stało, potrzeba zaufania, potrzeba zażyłości z Maryją.
Wyobraźmy sobie jakiegoś nastolatka, który żyje grupą kolegów, przyjaciół. Jeśli mama jest daleko, to cokolwiek ona powie, on tego nie usłyszy. Jeśli ktoś żyje blisko, no to wtedy jest szansa, że właśnie usłyszy ten głos i Maryja go pchnie trochę do przodu.
Tylko potrzeba właśnie tej religijności maryjnej, pobożności maryjnej, modlitwy do Matki Bożej, zbudowania tej relacji synowsko-matczynej, żeby ta relacja była. Wtedy Maryja będzie nas popychać do działania i usłyszymy jej głos.