Pan Bóg czasami może przyjść nawet po bardzo długim twoim zmaganiu.
Zobaczmy na dzisiejszą Ewangelię. Pierwsze rzuca się nam w oczy, że apostołowie płyną, jest ten przeciwny wiatr czy burza, po prostu coś takiego nagłego. Ale tekst wcale o tym nie mówi. To było całonocne zmaganie, bardzo długie.
Przyjrzyjmy najpierw taką krótką chronologię. Ewangelista Mateusz zapisał: Jezus zaraz też przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy.
Zobaczmy, wcześniej miało miejsce rozmnożenie chleba. I Pan Jezus mówi do apostołów: dobrze, wy już płyńcie na drugi brzeg, ja jeszcze tu odprawię tłumy, jeszcze się nimi zajmę.
Jak szukajmy jakiegoś obrazu, to czasami na koncertach jest, że koncert się skończy i wokalista czy wokalistka, czy zespół wychodzi, jeszcze się zajmuje tam fanami, rozdaje autografy. No i pewnie Jezus też jeszcze chciał zostać trochę z tymi ludźmi, bo to nie jest tak, że oni się najedli i sobie poszli, ale też jeszcze chcieli pobyć chwilę z Jezusem, posłuchać Go.
A pora nie musiała być późna, raczej gdzieś jakieś popołudnie, może pod wieczór, bo przecież ci ludzie jeszcze musieli wrócić do swoich domów. Czyli apostołowie wypływają już wieczorem, przed wieczorem byśmy powiedzieli, popołudniu bardziej.
Pan Jezus natomiast odprawia tłumy, to Mu dosyć czasu zajęło. I dalej ewangelista zapisuje: gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić.
Czyli Pan Jezus odprawia tłumy, idzie i się modli. I dopiero teraz ewangelista zapisuje: wieczór zapadł, On zaś sam tam przebywał.
Czyli dopiero w tym momencie zapada wieczór.
Dalej ewangelista pisze: łódź była już wiele stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny.
Czyli tu nie mamy takiego wyobrażenia, że to jakaś gwałtowna burza przyszła, ale te fale, ten przeciwny wiatr powodował, że oni się zmagali, że płynęli po prostu mozolnie.
Ciekawe jest, kiedy Jezus do nich przychodzi, o czwartej straży nocnej.
Noc w Izraelu była liczona przez cztery nocne straże. Po kolei strażnicy wychodzili na bramy miasta, żeby pilnować porządku, czy się nikt do miasta nie zbliża. I czwarta straż to już była taka przed świtem praktycznie, już końcówka nocy.
Zobaczmy, Jezus się modli, zapada wieczór, mija noc, a oni jeszcze nie dopłynęli na drugi brzeg.
Naprawdę musieli być bardzo poirytowani. Mało że zmęczeni, bo cały czas musieli wiosłować pod wiatr, przeciwko falom.
Może nam się zdarzyło, że gdzieś byliśmy umówieni, jechaliśmy, a podróż się przeciągnęła, pociąg opóźniony, jeden, drugi, czy jedziemy samochodem, tutaj korki, tu wypadek, tu gdzieś jakieś objazdy i człowiek przyjechał kilka godzin później na miejsce. Zdarza się tak czasami.
Apostołowie też byli w tym momencie już totalnie poirytowani. Totalnie w tym mozole, w tym trudzie już.
Nawet zobaczcie, jak przyszedł Pan Jezus i się objawił, oni Go wzięli za jakąś zjawę, przestraszyli się, krzyczeli, bo już zapomnieli, że przed momentem Pan Jezus przecież nakarmił tysiące ludzi, ma władzę, jest Synem Bożym. A tu już w tym całym zmęczeniu już całkowicie o tym zapomnieli.
Niech ta dzisiejsza Ewangelia będzie dla nas też ukazaniem na przykładzie apostołów, którzy całą noc wiosłowali. To nie było jednorazowe jakieś wydarzenie, że nagle przyszła burza i byli przerażeni, ale mozolnie całą tę noc po prostu się zmagali z wiatrem, z falami.
Pan Jezus do nich w odpowiednim momencie, który uznał za słuszny, przychodzi, żeby im pomóc.