Wszyscy jesteśmy braćmi, jesteśmy jedną rodziną, a Chrystus, stając się bratem, nauczył nas wołać do Ciebie: Abba, Ojcze.
Może takie nietypowe rozpoczęcie dzisiejszego rozważania. Może też nie za bardzo melodię trzymałem, bo śpiewać za bardzo nie potrafię. Tutaj też połączyłem początek czwartej zwrotki z pierwszą specjalnie, żebyśmy usłyszeli w tym tekście, że Jezus jest nazwany bratem i o sobie mówimy, że wszyscy jesteśmy braćmi. Bo w dzisiejszej Ewangelii tak też Jezus został nazwany.
„Skąd u Niego ta mądrość? Przecież On jest synem cieśli. Jego Matce na imię Maryja. Jego braćmi są Jakub, Józef, Szymon i Juda. Jego siostry żyją wśród nas”.
Tak umniejszyli Jezusowi. Sprowadzili Go do swojego poziomu. A przecież najpierw byli zachwyceni. Mówili: „Skąd u Niego taka mądrość i cuda?”. Ewangelista Mateusz zapisał, że byli zdumieni. Stąd pojawiały się te pytania.
Teraz zobaczmy. Najpierw ojcowie Kościoła. Beda Czcigodny mówi właśnie o tym umniejszaniu. Zaczęli traktować Jezusa jako jednego spośród nich: „Z naszej rodziny, z naszej miejscowości. On tu jakiś się wymądrza, jakieś mądre rzeczy mówi”. To po prostu im nie grało. Dlatego umniejszali jednemu ze swoich. Najbliżsi umniejszali.
Święty Jan Chryzostom mówi z kolei, że bliskość może prowadzić do lekceważenia. Zobaczmy: bliskość prowadzi do lekceważenia.
Najpierw opowiem trochę o relacjach międzyludzkich, a później przeniesiemy to z powrotem na wiarę. Dlatego ta piosenka na początku była nieprzypadkowa.
W psychologii, w zagranicznych publikacjach, ale także w polskich publikacjach psychologicznych się z tym spotkałem. Nie ma wprawdzie w Polsce jednolitego terminu, za granicą częściej jest to już ujmowane, ale opisuje się takie zjawisko zagrożenia własnej samooceny, gdy ktoś bliski odnosi sukces. Nawet znalazłem artykuł zatytułowany: „Czy sukces przyjaciela może cieszyć?”
Zobaczmy, jak często tak jest. W polskiej literaturze częściej odnosi się to do rodzeństwa. Weźmy to jednak szerzej: do przyjaciół, do bliskich, do rodziny. Jakże często jest tak, że ktoś zaczyna odnosić sukces i jeśli nie ma w tej relacji czy w tej rodzinie dojrzałej miłości, to ludzie się z tego sukcesu nie cieszą. Nie kibicują, nie trzymają kciuków, nie mówią: „Dobrze, udało ci się, autentycznie się cieszymy”.
Czasami oczywiście powiedzą: „Cieszymy się”, ale później gdzieś pojawia się: „No zobacz, jemu się udało. To przypadek”. Niestety pojawia się w sercu zazdrość, zawiść, czasami nawet chęć... Widać to szczególnie wtedy, gdy komuś powinie się noga. Wtedy od razu: „O, widzisz. Tak ci kibicowaliśmy. Tak myśleliśmy, że ci się uda”. W takich momentach ludzie potrafią pokazać swoje drugie oblicze.
Tak po prostu jest. Jeśli nie ma dojrzałej miłości w relacjach, nie ma dojrzałej miłości w rodzinie, to bardzo często sukces kogoś bliskiego rani własną samoocenę i ludzie próbują ściągnąć go w dół.
W zagranicznych publikacjach znalazłem określenie „syndrom kraba”. Gdy kraby są schowane w wiadrze i jeden zaczyna wychodzić, co robią pozostałe? Łapią go szczypcami i ściągają z powrotem na dół. Tak to wygląda.
Zatem pytanie: czy sukces przyjaciela może cieszyć? Nie pamiętam nazwiska pani, która opublikowała ten artykuł, ale samo pytanie jest, myślę, bardzo trafne.
Najpierw odnieśmy je do naszych relacji międzyludzkich. Czy cieszy cię to, że ktoś odnosi sukces? Że idzie do przodu? Bo ludzie często próbują innych sprowadzić do swojej miary.
Zresztą przypomniała mi się jeszcze taka kwestia. Na rekolekcje parafialne zaprasza się księdza z zewnątrz, bo przyjeżdża, jest obcy, anonimowy. Jeszcze jak ma jakieś tytuły, to mówi się: „O, on to dopiero powie”. Tak jest. Sam też tak funkcjonuję. Człowiek, gdy na co dzień kogoś słucha, po prostu osłuchuje się z jego stylem mówienia, stylem bycia, sposobem przekazywania. Czasami to już mniej trafia.
To jest ta płaszczyzna ludzka.
Teraz przełóżmy to na wiarę.
Tak samo jak mieszkańcy Nazaretu umniejszali Jezusowi: „To jest syn cieśli. To jest syn Maryi. Przecież to są Jego bracia i siostry”, oczywiście w znaczeniu kuzynostwa, mam nadzieję, że wszyscy o tym wiemy. Po prostu to jest Jego rodzina. On jest jednym z nas.
Tak jak Jemu umniejszali, tak jak niestety ludzie często umniejszają swoim bliskim — nie mówię, że akurat ty, jako słuchacz, umniejszasz — ale jest takie zjawisko. Psychologia to dostrzega i myślę, że my w swoim życiu też nieraz to widzieliśmy, gdy ludzie zazdroszczą swoim bliskim.
Teraz przełóżmy to już konkretnie na wiarę.
Czy ta zbytnia bliskość z Jezusem nie sprawia, że stał się On dla nas taki powszedni? Że taka stała się wiara?
Przecież od dziecka chodzisz do kościoła. Modlisz się. Pacierz codziennie ten sam. Kazania, jeśli proboszcz jest długo na parafii albo wikariusz kilka lat, też stają się osłuchane. Modlitwy, różaniec, nabożeństwa majowe czy czerwcowe... Już nic nowego nie zaskoczy. Wszystko jest tak, jak było.
Można popaść w takie przyzwyczajenie, że to już jest „ten Jezus”, ten jeden z nas. Jak ma zaskoczyć? Jak ma przyjść do twojego serca i pokazać ci: „Przecież Ja jestem Bogiem. Chcę ci pokazać swoją wolę. Chcę ci pokazać, jak kochać innych ludzi, jak pójść dalej”.
Może osiągnąłeś już pewien szczyt rozwoju wiary, ale są kolejne. I kolejne. Nie wiesz, gdzie to się skończy. Ważne, żebyś szedł za Jezusem, za Jego słowami.
Wszyscy jesteśmy braćmi. Chrystus, stając się bratem...
Czy czasami właśnie nie staje się dla nas bratem w takim sensie przyzwyczajenia, osłuchania się i przez to przestaje być dla nas Bogiem?
Oczywiście nie podważam tej pieśni. Ona sama w sobie jest piękna i ukazuje, że Chrystus chce być blisko nas. Trzeba jednak uważać, żeby tej bliskości nie wykorzystać do oswojenia się z Jezusem, do umniejszania Mu.