Ile złych duchów zmieści się w takim idealnym religijnym sercu? Takim, w którym wszystko jest już pięknie poukładane, wymiecione, przyozdobione, że mucha nie siada? Człowiek jest tak bardzo pobożny, że wydaje mu się, iż osiągnął już niemal doskonałość.
Dzisiejszy tekst Ewangelii pozwolił mi na nowo spojrzeć na słowa Jezusa, które rozważałem również w ubiegłym roku.
Jezus mówi: „Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku”. Kiedy go nie znajduje, postanawia wrócić do domu, z którego wyszedł. Zastaje go wymiecionym i przyozdobionym. Wtedy bierze siedem innych duchów, złośliwszych niż on sam. Wchodzą i mieszkają tam. Jezus kończy ten obraz słowami: „I stan późniejszy owego człowieka staje się gorszy niż poprzedni”.
W ubiegłym roku zatytułowałem rozważanie do tej Ewangelii „Duchowy efekt jojo”. Był to czas, kiedy udało mi się schudnąć trzydzieści kilogramów. Niektórzy parafianie żartowali, że jeszcze wszystko odzyskam, a może nawet będę ważył więcej niż wcześniej. Bo przecież schudnąć to jedno, ale utrzymać wagę to zupełnie inna sprawa.
Podobnie bywa w życiu duchowym. Człowiek się nawraca, uczestniczy w pielgrzymkach, rekolekcjach, angażuje się we wspólnoty, a później wraca do dawnych grzechów, czasami jeszcze poważniejszych. To właśnie taki duchowy efekt jojo.
Dzisiaj jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś innego.
Zły duch wraca do domu wymiecionego i przyozdobionego. Nie czytamy, że demoluje ten dom, wybija okna, przewraca meble czy niszczy jego wyposażenie. Przeciwnie, przyprowadza siedem innych złych duchów i wszyscy tam zamieszkują. Można powiedzieć, że całkiem wygodnie się w nim urządzają.
Wyobraźmy sobie teraz piękny, idealnie wysprzątany dom. Wszystko znajduje się na swoim miejscu. Filiżanki stoją równiutko, talerzyki są idealnie poukładane, podłoga błyszczy. Tylko właściciel nikogo nie zaprasza. Bo jeszcze ktoś wyszczerbi filiżankę, stłucze talerzyk, coś pobrudzi albo przestawi.
Nawet jeśli trafimy do takiego domu, możemy czuć się nieswojo. Człowiek boi się ruszyć, żeby przypadkiem czegoś nie zniszczyć.
Pamiętam jeszcze inne czasy, szczególnie te z okresu PRL-u, kiedy rodziny często się odwiedzały. Ludzie nocowali u siebie, dzieci spały po kilka osób w jednym łóżku, jedne z jednej strony, drugie z drugiej, byle tylko wszyscy się pomieścili.
Sam bardzo lubię taką atmosferę. Mam dwa pokoje i kiedy przyjeżdża rodzina czy znajomi, zawsze znajdzie się miejsce. Komuś odstąpię łóżko, komuś kanapę, rozłożę dodatkowy materac, a sam prześpię się w drugim pokoju. Najważniejsze, że możemy razem posiedzieć, porozmawiać, pośmiać się, po prostu pobyć ze sobą.
Dzisiaj coraz częściej spotykamy się poza domem, gdzieś w kawiarni, na pół godziny. Miło było, do widzenia, każdy wraca do siebie.
Wróćmy jednak do tego idealnego, wysprzątanego mieszkania. Może być piękne, ale jednocześnie zupełnie puste. Nie ma w nim spotkań, rozmów, wspólnego życia. Właściciel tak bardzo troszczy się o porządek, że przestaje wpuszczać do niego ludzi.
Czy podobnie nie bywa z naszym życiem religijnym?
Można tak bardzo skoncentrować się na własnej pobożności, tak dokładnie wymieść wszystkie grzechy, wszystko sobie poukładać i przyozdobić, że z zewnątrz wygląda to naprawdę imponująco.
Ktoś patrzy i myśli: jaki ten człowiek jest pobożny! Wszystko ma uporządkowane. Nie popełnia żadnych poważnych grzechów. Nawet gdyby przez zapomnienie zjadł w piątek kawałek kiełbasy, natychmiast pobiegłby do spowiedzi, bo przecież jego życie musi być idealne.
Tylko czy w tym idealnie uporządkowanym sercu jest jeszcze miejsce dla drugiego człowieka?
Czasami patrzę na ludzi w kościele. Tutaj siedzi jedna bardzo pobożna osoba, tam druga, jeszcze dalej kolejna. Każdy ma swój świat modlitwy, swoje praktyki religijne, swoje przekonania. Ale nie ma między nimi współpracy, wspólnoty, wspólnego zaangażowania w życie parafii. Każdy zamyka się w swoim idealnym, religijnym świecie.
A przecież właśnie w takim sercu mogą rozgościć się złe duchy. Nie muszą prowadzić człowieka do kradzieży, oszustwa czy innych wielkich grzechów. Mogą pojawić się pycha, egoizm, pogarda wobec innych, przekonanie o własnej wyższości, nieustanne ocenianie drugiego człowieka.
Człowiek nadal będzie zewnętrznie bardzo pobożny. Nadal będzie miał wszystko poukładane. Tylko że w jego sercu może już brakować miłości.
Przypomina mi się Biblioteka Katolicka w Inowrocławiu, z którą byłem związany i którą do dzisiaj bardzo dobrze wspominam. Funkcjonowała przy parafii, choć później, po zmianach proboszczów, została zlikwidowana.
To nie była wyłącznie biblioteka, w której wypożyczało się książki. To było prawdziwe miejsce spotkań. Klub Inteligencji Katolickiej organizował tam dyskusje, ludzie przychodzili po Mszy Świętej, pili kawę, rozmawiali. Czasami były to zupełnie nieformalne spotkania.
Najbardziej podobało mi się to, że można było się różnić. Można było mieć inne zdanie, dyskutować, przedstawiać swoje argumenty. Nikt nie musiał we wszystkim przytakiwać drugiemu człowiekowi.
Tymczasem można dojść do takiej religijnej perfekcji, że człowiek jest już przekonany, iż wszystko wie najlepiej. Otacza się wyłącznie ludźmi, którzy go chwalą i potwierdzają jego poglądy. Każde inne zdanie zaczyna traktować niemal jak zagrożenie.
Dlatego chciałbym dzisiaj postawić dwa pytania.
Kiedy ostatnio zmieniłeś swoje zdanie, ponieważ uznałeś argumenty drugiego człowieka?
A może jeszcze ważniejsze pytanie: kiedy ostatnio w ogóle usłyszałeś kogoś, kto miał inne zdanie niż ty?
Bo może tak bardzo uporządkowaliśmy swoje życie, tak idealnie wymietliśmy i przyozdobiliśmy nasze serca, że nie dopuszczamy już do nich nikogo, kto mógłby zakłócić ten porządek.
Oczywiście, trzeba troszczyć się o czystość serca. Trzeba walczyć z grzechem, pracować nad sobą, porządkować swoje życie. To wszystko jest dobre i potrzebne.
Ale nie wystarczy wymieść domu i pięknie go przyozdobić. Trzeba jeszcze zaprosić do niego Ducha Świętego, wypełnić go miłością i znaleźć w nim miejsce dla drugiego człowieka.
Bo inaczej możemy być przekonani, że osiągnęliśmy już religijną doskonałość, a nawet nie zauważymy, kiedy powróci zły duch, przyprowadzając siedem innych, gorszych od siebie.
Wcale nie musi demolować naszego pięknego domu. Może mu być w nim bardzo wygodnie.
A my nadal będziemy przekonani, że jesteśmy lepsi, doskonalsi i pobożniejsi od innych.
Dlatego warto dzisiaj zapytać samego siebie: kto tak naprawdę mieszka w moim sercu?