Jeżeli ziarno pszenicy wrzucone w ziemię nie obumrze, pozostanie samo. Jeśli zaś obumrze, przynosi obfity plon. Tak Pan Jezus dzisiaj zwraca się do swoich uczniów.
Dziś akurat mamy wspomnienie świętego Wojciecha, biskupa, do czego wrócę na samym końcu. Ten tekst często odnosimy właśnie do ofiary męczenników i ich życia, ale przede wszystkim pierwsze znaczenie tego tekstu to ofiara Chrystusa, który umarł dla nas, żeby przynieść nowe życie. Od tego zaczniemy, a później powiem jeszcze, co to znaczy cierpieć w naszym życiu. Bo często Kościół jest odbierany jako jakieś cierpiętnictwo, że mamy cierpieć. Jak to konkretnie wygląda?
Po pierwsze, Pan Jezus odnosi się do bardzo znanego przysłowia w tamtych czasach. Gdy zerkniemy do pierwszego Listu do Koryntian, to przeczytamy słowa świętego Pawła: „Głupcze, czy to, co zasiane, powraca do życia, jeśli wpierw nie obumrze?”. I później to tłumaczy: „To, co zasiewasz, nie jest od razu rośliną, ale jest zwykłym ziarnem, na przykład pszenicy czy czegoś innego. Dopiero Bóg daje wzrost”.
I tutaj się dzisiaj przygotowałem. Mamy takie ziarno, mam nadzieję, że widać. Tu jest ziarenko. Jeśli to ziarno zaczyna rosnąć, to zobaczmy: tutaj zaczyna rosnąć roślinka i później, po jakimś czasie, ziarna już nie mamy, jest tylko sama roślina. Może niezbyt dobrze to widać, ale myślę, że wiadomo, o co chodzi, nie będę tutaj szczególnie biologii tłumaczył.
Pan Jezus odnosi to do siebie. To był obraz bardzo zrozumiały dla ówczesnych ludzi. Jest ziarno, ale żeby z niego powstała roślina, ono musi stracić swoją formę. I dzięki temu mamy roślinę. Ale co najważniejsze, mamy ciągłość życia. Zobaczmy: zmienia się tylko forma, ale nikt nie powie, że ta roślina nie ma nic wspólnego z ziarnem. Ma bardzo wiele wspólnego, bo inaczej by nie wyrosła.
Analogicznie Pan Jezus obumiera, możemy powiedzieć, dla nas po ziemsku. Był w ludzkiej naturze, traci ciało, które my mamy, ale powstaje z martwych i wchodzi w nowe życie. To jest pierwszy wątek, myślę, że teraz, w okresie wielkanocnym, bardzo zrozumiały, więc nie będę go dalej rozwijał.
Drugi wątek bardziej mnie dzisiaj zaintrygował. Pozwolę sobie przeczytać wprost z międzynarodowego komentarza dwa zdania i je skomentuję. „Fałszywa teologia głosi dzisiaj: Jezus cierpiał za mnie dwa tysiące lat temu, dlatego ja nie muszę już cierpieć. Teologia taka nie pochodzi od samego Jezusa czy Nowego Testamentu. Gotowość cierpienia dla Jezusa jest podstawowym elementem bycia uczniem Chrystusa”.
Myślę, że bardzo ładnie to ujmuje, bo wielu dzisiaj szuka takiej wiary „lajtowej”, bez zobowiązań, bez cierpienia. Gdy ktoś słyszy o cierpieniu, od razu pojawia się sprzeciw: z jakiej racji ja mam cierpieć? Tu nie chodzi o wymyślanie Kościoła, ale o konsekwencję wyboru drogi, a przede wszystkim konsekwencję miłości.
Kto autentycznie kochał, ten wie, że miłość kosztuje i zawsze będzie w niej jakieś cierpienie. Nie da się przeżyć życia bez tego wymiaru. Ktoś zostaje księdzem, ktoś zostaje mężem, żoną, matką czy ojcem. Źle by było, gdyby była tylko zmiana zewnętrzna: teraz noszę sutannę, a żyję tak, jak wcześniej. To powinno się zmieniać. Tożsamość się zmienia, forma się zmienia, ale życie się kontynuuje.
Jeśli ktoś zostaje ojcem czy matką, a dalej żyje tak, jakby nie miał odpowiedzialności – chodzi na imprezy, nadużywa alkoholu, nie interesuje się dzieckiem – to jest to nierozsądne. Pojawia się wtedy pewne cierpienie: trzeba ograniczyć dawne przyzwyczajenia, trzeba zadbać o rodzinę, trzeba zmierzyć się z trudnościami wychowania. Dziecko bywa niewdzięczne. Gdy wcześniej nie było wymagań, później zbiera się tego owoce.
Widać więc, że to cierpienie nie polega na szukaniu go dla samego cierpienia, na jakimś sztucznym umartwianiu się. Nie chodzi o to, żeby specjalnie je prowokować. Ale konsekwencją autentycznego życia zgodnego z powołaniem i konsekwencją miłości zawsze będzie cierpienie, które temu towarzyszy.
Jest takie powiedzenie: nie ma róży bez kolców. Pójście za Jezusem, oddanie życia, o którym On mówi dalej – „ten, kto kocha swoje życie, traci je” – to właśnie ta konsekwencja w miłości, w wierze i w pójściu za Chrystusem. Nawet jeśli pojawia się cierpienie, wytrwać przy Nim – to jest najpiękniejsze.