Rezygnacja z własnej iluzji moralnej – tak nazwałem dzisiejsze rozważanie Ewangelii świętego Jana.
Sąd polega na tym, że na świecie pojawiła się światłość, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność niż światłość, ponieważ ich czyny były złe.
Dzisiaj posłużę się interpretacją Grzegorza Wielkiego. On ten tekst ujmuje bardzo na płaszczyźnie duchowej, ale też moralnej, tej naszej wewnętrznej. Mówi, że to światło nie jest czymś zewnętrznym. Jesteśmy przyzwyczajeni, że ktoś wystawia nam ocenę, ktoś nas opiniuje, ktoś dokonuje jakiejś oceny naszej pracy. To wszystko przychodzi z zewnątrz – tak widzą nas ludzie. Tutaj natomiast chodzi o wewnętrzne światło, o zgodzenie się na przyjęcie prawdy o sobie. To jest podstawa jakiejkolwiek pracy duchowej nad sobą.
Czasami żyjemy iluzjami, wyobrażeniami o sobie. Człowiek jakoś myśli o sobie i w tym dzisiejszym tekście można się skupić tylko na czynach. Owszem, widzę złe czyny w moim życiu, ale chodzi o coś głębszego – o spojrzenie na siebie: jaki jestem. Naprawdę można żyć wiele lat w złudzeniu. Ktoś na przykład nadużywa alkoholu: „nie jestem złym człowiekiem, czasami sobie wypiję, ale żebym był alkoholikiem – nie”. Ktoś inny nadużywa wulgaryzmów: „no, czasami mi się zdarzy”. Już nie zauważa, że to jest nawyk, że tak po prostu funkcjonuje. Ktoś oszukuje, jest nieuczciwy: „to mi się tylko zdarzyło, to nie ja”.
A Grzegorz Wielki mówi w kontekście dzisiejszej Ewangelii, że przyjęcie prawdy o sobie jest fundamentem. Trzeba zobaczyć, jaki jestem. Dopiero wtedy można nad sobą pracować. Taka jest zasada życia duchowego: najpierw człowiek musi doświadczyć siebie, poznać siebie, żeby miał realny fundament do pracy nad sobą. Inaczej pracuje nad swoim wyobrażonym „idealnym ja”, które sobie stworzył. To jednak boli. Boli spojrzenie na siebie, boli dostrzeżenie zła.
W drugim człowieku dostrzegamy zło bez problemu: ten jest taki, tamten taki. Natomiast przyznanie, że coś jest złego w moim życiu, już boli. A to właśnie jest fundament. Dlatego Pan Jezus mówi, że niektórzy boją się światła, bo ich uczynki są złe – uciekają od światła.
Początkiem jest wpuszczenie tego światła do swojego serca, przyjęcie tego wewnętrznego osądu i zgodzenie się na niego. Powiedzenie: „Panie Boże, tak – to jestem ja”. Tego wielu ludzi się boi w spowiedzi. Dlatego do spowiedzi nie chodzą albo ich spowiedzi są powierzchowne: „zgrzeszyłem, do kościoła nie chodzę… czasami chodzę… wszyscy tak robią”. Nie ma kontaktu ze swoim wnętrzem.
Zdarza się jednak, że ktoś przychodzi i mówi szczerze: „tak, znowu coś zawaliłem, taki jestem. Chcę nad sobą pracować, ale wciąż przegrywam”. Co wtedy zrobić? Można się załamać, powiedzieć: „nie daję rady”. Tymczasem to właśnie jest fundament, który wskazuje konkretne pola pracy. Wpuszczamy światło i widzimy, co naprawdę trzeba zmienić, gdzie trzeba podjąć konkretne działania. Bez bujania w obłokach, bez życia w idealnym obrazie siebie.
Nie chodzi o myślenie: „to nie ja”. Jesteś taki? Jesteś. Właśnie taki. Gdy wiem, jaki jestem, mogę podjąć konkretną pracę. Już nie abstrakcyjne postanowienia: „nigdy więcej tego nie zrobię”. Raczej: będę pracował krok po kroku. Skoro przez lata się nie udawało, teraz zrobię tyle, ile mogę. Jeden krok, potem drugi, trzeci – i powoli zaczyna się zmiana.
Dalej Pan Jezus mówi: każdy, kto popełnia zło, nienawidzi światłości i nie lgnie do niej, ucieka od niej, aby jego czyny nie stały się jawne. Ten natomiast, kto żyje w prawdzie, zbliża się do światłości, aby jego czyny były widoczne jako dokonane w Bogu.
Gdy mówimy o czynach dokonanych w Bogu, wracamy do przyjęcia prawdy o sobie. Tak jak we mnie jest zło, tak jest też potencjał do dobra. To dobro jednak czynię z łaski Bożej. Dlatego pierwsze były nazwane czynami własnymi, a drugie – czynami dokonanymi w Bogu, czyli dzięki łasce.
Wtedy opada maska pychy i rodzi się pokora. Jestem zdolny do zła, ale współpracując z łaską Bożą, mogę czynić dobro. Człowiek nie chlubi się wtedy sobą: „jestem lepszy od innych”. Jeśli czyni dobro, jeśli pomaga innym, to dlatego, że Bóg daje mu łaskę. Współpracując z nią, może czynić dobro.
Niech ta dzisiejsza Ewangelia, ta krótka rozmowa Jezusa z Nikodemem, którą już kolejny dzień słyszymy w Kościele, będzie dla nas zachętą do spojrzenia na siebie bez iluzji. Nie przez pryzmat wyobrażeń, ale realistycznie: jaki jestem. Bez lęku i strachu.
Doświadczenie Chrystusa polega właśnie na tym, że nie tylko pokazuje On, co jest złe i co trzeba naprawić, ale w swoim świetle i w swojej miłości pozwala zobaczyć, że nawet to, co słabe i niedoskonałe, może zostać przemienione. Nikt nie jest doskonały, ale każdy – współpracując z łaską Bożą – może się przemieniać i czynić dobro, które jest naprawdę dokonane w Bogu.