Dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam dwukrotne przyjście Jezusa do apostołów. Pierwszy raz przychodzi i mówi: pokój wam, przyjmijcie Ducha Świętego oraz posyła ich i daje im władzę odpuszczania grzechów. Drugi raz natomiast jest z nimi także Tomasz, zwany Didymos. To nas będzie szczególnie interesowało, ponieważ całe szczęście, że ewangelista Jan zapisał tę informację, bo to drugie objawienie jest już bardziej konkretne.
My czasami skupiamy się na niedowiarstwie Tomasza, który mówi, że dopóki Go nie zobaczy, dopóki nie ujrzy na Jego rękach śladów po gwoździach, nie włoży swojego palca w miejsce gwoździ i nie umieści swojej ręki w Jego boku, nie uwierzy. Na tym się skupiamy, jaki to ten Tomasz był, nazywamy go nawet niewiernym Tomaszem. Natomiast bardzo dobrze, że to akurat tę niewiarę ukazał, bo dzięki temu widzimy Jezusa, który mówi: podnieś tutaj swój palec, zobacz moje ręce, podnieś swoją rękę i włóż do mego boku.
Nie wiemy, czy rzeczywiście Tomasz tego dokonał, ponieważ tekst nie mówi o tym wprost, chociaż Ojcowie Kościoła, jak czytałem, są przekonani, że rzeczywiście dokonał tego gestu i dlatego uwierzył. Tu chciałbym się skupić właśnie na tym ciele zmartwychwstałym Jezusa. Jezus, gdy się objawiał apostołom, czasami nie był od razu rozpoznawany, ale jest opis, kiedy faktycznie zostało to Jego ciało dotknięte. Tutaj mamy tak pół na pół, czy dotknął, koniecznie z greki tego nie wynika, ale mamy moment po zmartwychwstaniu, gdy Pan Jezus objawił się kobietom i mamy, że upadły Mu do stóp i dotknęły Jego nóg, czyli fizycznie był ten dotyk. Jest też sytuacja, kiedy Pan Jezus nad jeziorem rozdawał ryby, rozdawał chleb, wcześniej przygotował ognisko, lub gdy w innym miejscu objawił się apostołom i podali Mu rybę do jedzenia, czyli fizycznie czegoś dotykał, a więc to ciało było fizycznie obecne, to ciało uwielbione.
Tu przechodzimy do sedna dzisiejszego rozważania, bo to było, byśmy powiedzieli, to samo ciało, ale jednak inne. Co najważniejsze, Pan Jezus zachował tożsamość tego ciała właśnie w śladach męki na rękach i na boku. Dzięki ewangeliście Janowi mamy wprost podane, gdzie Pan Jezus mówi o swoich ranach, aby Tomasz się przekonał. W Ewangelii Marka natomiast Pan Jezus mówi, żeby spojrzeli na Jego ręce i nogi, ale tam wprost nie ma powiedziane o ranach.
Ten fragment i to niedowiarstwo Tomasza to piękna rzecz. Pismo Święte, spisywane pod natchnieniem Bożym, pokazuje, że żadna perykopa, żadna przypowieść, żadna historia nie pojawiła się przypadkowo. Gdyby tej historii zabrakło, moglibyśmy sobie wyobrażać, że było to już jakieś ciało idealne, całkowicie przemienione. Ojcowie Kościoła podają, że Pan Jezus specjalnie zachował znaki męki. Nie dlatego, że musiał, ale jako znak swojej chwały, znak, że w ten sposób wygrał i zwyciężył złego ducha.
Gdy przyjrzymy się ikonografii czy malunkom świętych, bardzo często męczennicy są malowani w taki sposób, że widoczne są ślady ich męki, sposób, w jaki byli zabijani czy odnosili rany. Jest to umieszczane w tym samym kluczu, jak czytamy w Ewangelii: jako wyraz chwały, jako wyraz męczeństwa, jako świadectwo, że w ten sposób człowiek zwyciężył śmierć, że wiara zwyciężyła. Co najważniejsze, ukazuje to też tożsamość tej osoby, kontynuację życia. W przypadku Jezusa mamy potwierdzenie tej tożsamości, że męka nie była czymś dodatkowym, ale Jezus zmartwychwstały ze śladami męki jest właśnie tym, który oddał za nas swoje życie.
To jest piękne, bo czasami wyobrażamy sobie życie wieczne jako coś abstrakcyjnego, nowego, że będziemy aniołami, że będziemy gdzieś latać. Analogicznie, patrząc na przedstawienia męczenników i na ciało zmartwychwstałego Jezusa, to ciało uwielbione, będzie kontynuacją naszego życia. Jedna z prefacji pogrzebowych mówi: nasze życie zmienia się, ale się nie kończy. To życie kontynuuje się dalej.
Ktoś może powiedzieć: no to słabo. Te wszystkie moje zranienia, traumy, to wszystko, co było złe, ma się kontynuować dalej? Nie do końca. To ma pokazać naszą tożsamość, ciągłość nas jako osoby. Byłoby dziwne, gdybyśmy mieli zresetowaną pamięć, nic nie wiedzieli, nic nie pamiętali i byli nowi w Królestwie Bożym. Byłby to jakiś dziwny, anonimowy, abstrakcyjny świat. My mamy kontynuację naszego życia, wierzymy, że dusza ludzka od momentu powstania jest nieśmiertelna, ale patrzeć będziemy na nasze życie doczesne już przemienionymi oczami.
Można to porównać do człowieka, który przeszedł proces psychoterapii albo doświadczył uzdrowienia duchowego, człowieka, który wewnętrznie przepracował wiele rzeczy. On na rzeczy, które były wcześniej, patrzy inaczej. Chociaż doświadczył rzeczy złych, tragicznych, często traumatycznych, to nie powodują już one w nim zamknięcia, spięcia, lęku ani złych reakcji, ale wie, że takie było jego doświadczenie życiowe. To po prostu było, wydarzyło się i go ukształtowało. Wiadomo, że zawsze pozostanie jakiś ból, zwłaszcza w szczególnych przypadkach, ale już mniejszy i można na to patrzeć ze spokojem.
Człowiek zmartwychwstały w niebie będzie wiedział, że taka była jego historia, pozna kontekst różnych wydarzeń. Pismo Święte, Nowy Testament podaje, że zasłony zakrywające tajemnicę tego świata zostaną odsłonięte i będziemy rozumieć, dlaczego wiele rzeczy się wydarzyło. Nie po to, by oskarżać inne osoby i je oceniać, ale by zrozumieć, dlaczego nasze życie było takie, dlaczego świat funkcjonował tak, a nie inaczej. Będziemy mogli spojrzeć z miłością na to wszystko, co się wydarzyło.
Dzisiaj chciałbym zakończyć to rozważanie tym, abyśmy, patrząc na ciało Jezusa zmartwychwstałego, który zachował swoją tożsamość, zachowując ślady męki, mieli nadzieję, że nasze życie będzie kontynuowane w niebie. Niech to będzie także zachęta dla nas do codziennej pracy nad sobą, nad modlitwą, o uzdrowienie wewnętrzne i uwolnienie, aby trudne rzeczy, które były w naszym życiu, traumy i negatywne przeżycia, nie trzymały nas w szachu ani w uwięzi, ale abyśmy potrafili Bożymi oczami, z miłością, na to wszystko patrzeć.