Teraz słyszymy o cudownym połowie ryb, już po zmartwychwstaniu. Apostołowie udali się z powrotem do Galilei i łowią swoim zwyczajem ryby. Od strony praktycznej zastanawiałem się, jak to jest możliwe, że Jezus idący po brzegu woła ludzi znajdujących się 90 metrów dalej, płynących łodzią — to odległość boiska piłkarskiego — a oni Go słyszą. Nagrywam to rozważanie o poranku, bo wczoraj miałem awarię komputera, więc jeszcze przed szkołą je przygotowuję. Pomyślałem sobie, że kiedy jestem na rybach, a jestem wędkarzem, to bardzo często wieczorem albo wczesnym rankiem, jeśli ktoś rozmawia po drugiej stronie brzegu, dźwięk niesie się doskonale i słychać te osoby. Jezus z pewnością mógł więc krzyknąć na te 90 metrów: „Czy macie coś do jedzenia?” — nawiązał z nimi kontakt, a później mówi: „Zarzućcie sieci po prawej stronie”. I co się dzieje? Cudowny połów.
Wracamy do początku. Mamy sytuację po zmartwychwstaniu Jezusa opisaną u Jana, ale w innej Ewangelii jest wcześniejsza scena, kiedy Pan Jezus nauczał z łodzi, potem kazał zarzucić sieci i również dokonał się cudowny połów. W pewnym sensie wracają więc do początku i rozpoznają Go w tym cudzie. Czytałem komentarze Ojców Kościoła, bo często spotykałem się z interpretacją, że apostołowie się poddali i wrócili do dawnego życia. To jednak nasze interpretacje. Żaden z Ojców Kościoła nie szedł w tym kierunku. Raczej mówią o tym, że apostołowie byli w stanie przejściowym. Nie podjęli jeszcze misji Kościoła, bo nie był zesłany Duch Święty, ale też nie potrafili już wrócić do starego życia. Nawet łowienie ryb im nie wychodziło. Wcześniej byli świetnymi rzemieślnikami, rybakami, a tutaj nie przynosi to efektu. Jako wędkarz wiem, że nie każdego dnia wraca się z rybami — czasami wraca się „o kiju”, jak to się mówi, bo nic się nie złowiło. Ojcowie Kościoła nie widzieli jednak w tym porzucenia misji, lecz etap przejściowy. Trzeba było czymś się zająć, utrzymać siebie i swoje rodziny, stąd ta praca na łodzi.
Przechodząc do samego rozpoznania: poszedłem najpierw skrótem, że skoro wcześniej Piotr rozpoznał Jezusa, to i tutaj go rozpoznaje. Jest jednak pewien istotny szczegół. Rozpoznaje Go umiłowany uczeń, czyli Jan, i mówi do Piotra: „To jest Pan”. Jan wskazuje na Jezusa. Bardzo mi się to podoba, bo Ojcowie Kościoła poszli właśnie w tym kierunku. Dlaczego Jan? W kluczu miłości — podobnie jak w scenie z Martą i Marią: miłość i działanie. Jan, jako umiłowany uczeń, pierwszy dostrzega poprzez miłość, że to jest Jezus. Mówi o tym Piotrowi, a Piotr podejmuje działanie. Jest przedstawicielem Kościoła urzędowego, aktywnego, tego, który musi podjąć decyzję i działać.
To działanie nie jest jednak spontaniczne. Piotr nie rzuca się od razu do wody. Najpierw przywdziewa szatę, opasuje się, bo był ubrany roboczo, niemal nagi — jak podaje Ewangelia. Przygotowuje się i dopiero wtedy, gdy inni jeszcze zmagają się z siecią, wskakuje do wody i płynie do Jezusa. Widzimy więc wyraźnie jego działanie i odpowiedzialność. Na tym chciałbym się dziś skupić.
Można wiele się modlić, przeżywać doniosłe chwile w Kościele, ale nie przekładać tego na codzienne życie. Można mieć głębokie przeżycia i uważać się za człowieka duchowego, a jednak nic z tego nie wynika w praktyce. Piotr, według Ojców Kościoła, jest obrazem Kościoła urzędowego, który musi podejmować decyzje i działać. Każdy z nas, niezależnie od roli — nauczyciel, proboszcz, kierownik, właściciel, rodzic — musi podejmować decyzje. Nie wystarczy kochać dzieci, trzeba zadbać o konkret: podręczniki, przygotowanie do szkoły, codzienne obowiązki. To jest życie — konkret, odpowiedzialność, działanie.
Jan reprezentuje rozeznanie w miłości — rozpoznaje, że to jest Jezus. Piotr podejmuje decyzję. Tego często brakuje w życiu chrześcijan: decyzji. Łatwo o przeżycia duchowe, poczucie, że Bóg kocha, że jest dobrze. Trudniej podjąć konkretny krok, zdecydować się i działać. A im większa odpowiedzialność, tym bardziej trzeba umieć podejmować decyzje i konsekwentnie je realizować.
Niech więc ta Ewangelia ukazująca dynamikę rozpoznania Jezusa — najpierw przez Jana, potem przekazaną Piotrowi, a następnie decyzję Piotra i jego przygotowanie — będzie dla nas wskazówką. Piotr nie biegnie spontanicznie, ale czuje swoją niegodność, przygotowuje się, ubiera, aby stanąć przed swoim Mistrzem.
Na koniec jeszcze jeden wątek. Piotr dopływa do Jezusa, spotyka się z Nim, a Jezus go przyjmuje. Pomimo zdrady nie odwołuje go, nie mówi: „Wybrałem kogoś innego”. Nie odbiera mu powołania. To jest najpiękniejsze. Człowiek czasem się załamuje, myśli: „Nie wyszło, to nie moja droga”. Tymczasem Jezus chce przebaczać i umacniać. Obraz cudownego połowu, powrotu do początku, pokazuje, że powołanie jest nadal aktualne. Tak jak wtedy Piotr rozpoznał Jezusa przy cudownym połowie, tak i teraz — a Jezus potwierdza: idź dalej drogą, do której zostałeś wezwany.