Gdy druga strona przestaje być słuchana, a zaczyna być tylko interpretowana. Tak widzę dzisiejszy temat Ewangelii.
Zaczyna się bardzo mocno. Żydzi znowu porwali kamienie, aby zabić Jezusa. W tym tłumaczeniu tak jest, w Biblii Tysiąclecia: aby ukamienować Jezusa. Ale chodziło o to samo — chcieli się Go pozbyć, zabić Go.
I kończy się podobnie ten fragment. Jezus ucieka. Próbowano Go uwięzić, lecz On uszedł z ich rąk i udał się na drugi brzeg Jordanu, tam, gdzie wcześniej Jan chrzcił. I tam Jezus już pozostawał przez pewien czas.
Dwukrotnie w Ewangelii Jana mamy ten moment, kiedy Żydzi biorą kamienie i już chcą Jezusa zabić, ale On im ucieka, przechodzi między nimi, gdzieś unika tej konfrontacji.
Ale skąd w ogóle ta zawiść? Tu przechodzimy właśnie do sedna.
Żydzi widzieli Jezusa, poznawali Go po ludzku, widzieli Go jako osobę, ale całkowicie nie chcieli uznać tego, co mówi, zwłaszcza tego, że sam siebie nazywał Bogiem. Mówi: „Mówicie: bluźnisz, bo stwierdziłem, że jestem Synem Bożym? Przecież wypełniam dzieła Ojca”. I wcześniej mówią wprost: „Chcemy Cię ukamienować za bluźnierstwo, za to, że Ty, będąc człowiekiem, czynisz siebie Bogiem”.
Tu Ojcowie Kościoła, patrząc na ten tekst, patrzyli też od takiej strony pozytywnej, że ci ludzie, chociaż chcieli zabić Jezusa, to chcieli Go zabić za prawidłowe rozeznanie, ponieważ zobaczyli w Nim właśnie Syna Bożego, zobaczyli w Nim Boga. I dlatego w ich rozumieniu było to bluźnierstwo i chcieli Go zabić. Czyli tą swoją zawiścią, jakąś nienawiścią, niejako dawali argument za tym, że Jezus rzeczywiście jest tym Synem Bożym.
I teraz przyjrzyjmy się postawie tych ludzi. Widzą Jezusa, ale interpretują Go już po swojemu. To jest to, od czego zacząłem to rozważanie.
Często jest tak w tych naszych ludzkich relacjach, że dwóch ludzi zaczyna się kłócić. Może ktoś ma doświadczenie jakiejś kłótni małżeńskiej, czy z przyjacielem, czy wśród znajomych, czy w pracy zwłaszcza. I jedna strona, i druga dochodzą czasami do takiego momentu zaślepienia, że ten drugi może wyjść, podać rękę już na zgodę, może szukać jakiegoś pokoju, zażegnania konfliktu, ale już jest takie zaślepienie, że cokolwiek ta druga osoba nie zrobi, zawsze będzie złe. Zawsze jest odbierane już opacznie.
Tak to jest w tych naszych konfliktach międzyludzkich, takich personalnych, jeden na jeden. Ale zobaczmy też Kościół, zwłaszcza ostatnie dni.
Poprzednia niedziela, kiedy w wielu kościołach był odczytywany list Episkopatu na temat relacji z narodem wybranym, z Żydami. Po świętach szczegółowo zapoznam się z tym listem, wtedy może coś więcej powiem, bo ciężko mi dać teraz jakąś jednoznaczną ocenę. Ale widać, jak Kościół spolaryzował się po tej niedzieli.
Część nie może patrzeć na tych nowoczesnych biskupów, zwłaszcza na biskupa Rysia, i po prostu przypina mu wszystko, co najgorsze. Drudzy znowu stają po tej stronie bardziej otwartej i o tamtych mówią, że są zamknięci, że to ksenofobowie, antysemici. I najgorsze, że znowu jest ta polaryzacja. I znowu jedni na drugich.
I nie ma tego środka, nie ma dialogu. A przecież gdzieś musi być jakiś wspólny mianownik. Jesteśmy jednym Kościołem. Można rozmawiać, można szukać zgody, porozumienia, jedności. Jeśli jakieś sformułowania były nietrafne, można je poszerzyć, można zobaczyć. Jeśli padła jakaś — niektórzy mówią, że nawet herezja — czy jakieś sformułowania teologiczne nie do końca poprawne, no to trzeba je wyjaśniać, objaśniać.
Ja na razie nie będę się na to silił, bo mam jeszcze inne sprawy przed świętami do przygotowania, ale po świętach pewnie do tego tematu wrócę.
Ale samo to chciałbym, żeby zobrazowało nam właśnie ten moment, kiedy już nie dostrzegamy drugiej strony takiej, jaka jest, tylko patrzymy na naszą interpretację tej drugiej strony.
W tej obecnej polaryzacji w Kościele to jest jeden przykład. Drugi przykład to relacje międzyludzkie, gdy następuje kłótnia, gdy już jeden nie widzi autentycznie drugiego, ale tylko przez swoje okulary tej właśnie zawiści widzi w nim tylko to, co złe.
I tak właśnie dzisiaj patrzyli ci ludzie. „Wtedy Żydzi porwali kamienie, żeby zabić Jezusa”. Oni już Go nie słuchali.
Znaczy, żeby tu nie było — Ojcowie Kościoła też to prostują. To nie jest tak, że oni nie rozumieli albo byli głupi, bo doskonale rozumieli, co Jezus mówił. Byli ludźmi inteligentnymi, rozumieli, co Jezus mówi. Ale w swojej interpretacji już nie byli w stanie tego przyjąć.
Dlatego nie słuchali Jezusa jako takiego, nie przyjmowali tego, co mówi, tylko narzucali własną interpretację na Jezusa. Dlatego dla nich był On po prostu bluźniercą, którego należało — zgodnie z prawem żydowskim — ukamienować i się Go pozbyć.