Dzisiaj będzie temat trudny i kontrowersyjny, ale czasami także trzeba takie podejmować.
Sytuacja jest taka, że przyprowadzono do Jezusa kobietę, którą przyłapano na cudzołóstwie. Tu zaznaczę, czym było cudzołóstwo w Starym Testamencie. Chodziło o kobietę zamężną lub już po tym pierwszym etapie związania, czyli po zaręczynach, jak byśmy to określili naszym językiem. Można tu przywołać chociażby sytuację Maryi, która stała się brzemienna. Nie była to kobieta wolna, tylko już związana z mężczyzną przez małżeństwo czy przez narzeczeństwo, czyli takie początkowe małżeństwo w prawie żydowskim.
Ona została złapana na cudzołóstwie. Takie kobiety należało kamienować. Podkreślam to szczególnie, ponieważ nie dotyczyło to kobiet, które nie miały narzeczonego czy męża. Nie dotyczyło też kobiet, które uprawiały prostytucję. To jest inny temat. Było to moralnie złe, było grzechem, ale cudzołóstwo oznaczało złamanie więzi małżeńskiej. To tytułem wstępu.
Przyprowadzono więc tę kobietę. Nie słyszymy nic o mężczyźnie. Była to po prostu prowokacja. Nie wiadomo, czy rzeczywiście została złapana na cudzołóstwie, czy ten mężczyzna był jakoś chroniony przez prawo, był kimś wpływowym, czy po prostu uciekł. Bardzo często też mężczyzn w tamtym czasie nie karano, uchodziło im to na sucho, natomiast kobiety niestety kamienowano.
Na czym polegała ta próba wobec Jezusa? Polegała na tym, że zgodnie z prawem mojżeszowym należało ją zabić, ukamienować. Z drugiej strony czytamy w innym miejscu, że Żydzi mówią do Piłata: „nam nie wolno wykonać wyroku śmierci”, bo to było już w gestii prawa rzymskiego. Gdyby Jezus powiedział: „ukamienować ją”, wystąpiłby przeciwko Rzymowi. Gdyby natomiast powiedział: „darować jej życie”, wystąpiłby przeciwko Prawu Mojżesza.
Teraz pojawia się pewna kontrowersja, bo ta historia jest nam dobrze znana. Wczoraj oglądałem film pani Tuli, zapomniałem nazwiska. Była Świadkiem Jehowy, teraz ma 32 lata. Można wpisać „Tulia, były świadek Jehowy”, znajdziecie ją w internecie, bo imię ma dosyć oryginalne. Do dwudziestego siódmego roku życia była w tej wspólnocie.
Opowiadała sytuację kobiety dwudziestoletniej, która współżyła z chłopakiem przed ślubem. Ktoś na nią doniósł. Mówiła, że wśród Świadków Jehowy jest to bardzo powszechne, że nawet rodzina potrafi donosić na siebie nawzajem, albo ludzie sami zgłaszają swoje przewinienia, bo są przekonani, że cała wspólnota cierpi z powodu ich grzechu.
Co dzieje się dalej? Taka dziewczyna musi stanąć przed komisją starszych. To mnie szczególnie uderzyło. Trzech mężczyzn po pięćdziesiątce, jak to określiła, użyła mocniejszego słowa, i przed nimi siada dwudziestoletnia dziewczyna, która musi tłumaczyć się z tego, że współżyła z chłopakiem. Sama ta sytuacja jest bardzo niesmaczna. Była tym zbulwersowana, ja zresztą też.
Pojawiły się komentarze: „to tak jak w Kościele, jak na spowiedzi”. Tutaj trzeba zauważyć zasadniczą różnicę, która bardzo dobrze odnosi się do dzisiejszego tekstu.
Z jednej strony mamy Jezusa sam na sam z tą kobietą. To można porównać do spowiedzi: spowiednik i penitent, jeden na jeden.
Z drugiej strony mamy tłum, który przyprowadza kobietę i chce ją osądzić. To można porównać do tej komisji, do trzech starszych, którzy mają wydać wyrok. Dziewczyna siedzi przed nimi, oni zadają wścibskie pytania, chcą wszystko zbadać, ocenić. Jest to sytuacja bardzo trudna i upokarzająca.
To odpowiada tym ludziom z Ewangelii, którzy przyprowadzają kobietę i domagają się kary.
Czym to się różni od spowiedzi? Różnica jest zasadnicza. Tam chodzi o osądzenie i wydanie wyroku. Na spowiedzi człowiek mówi o swoich grzechach, czasami bardzo osobistych, ale mówi to dobrowolnie i może wybrać spowiednika. To jest niezwykle ważne.
Można znaleźć księdza, któremu się ufa. Można pójść raz, drugi, trzeci i zobaczyć, czy to jest człowiek, przed którym można się otworzyć. Można iść do innej parafii, do zakonu, do stałego konfesjonału.
Raz spotkałem się z sytuacją, gdzie proboszcz próbował narzucać narzeczonym spowiedź u siebie. Mówiłem jasno: nie ma takiego przepisu. Na szczęście ludzie tego nie respektowali.
To jest jedna z piękniejszych rzeczy w Kościele: wolność wyboru spowiednika.
Wtedy spowiedź nie jest jakimś sądem przed komisją, tylko spotkaniem z Jezusem. Dokładnie takim, jak w tej scenie: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem”.
Wszyscy odchodzą. Zostaje Jezus i kobieta.
„Nikt cię nie potępił? I Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz”.
To właśnie dzieje się w konfesjonale. Ksiądz nie jest po to, żeby potępić. Jest po to, żeby pomóc, wskazać drogę, dać pokutę, pouczenie.
Nie jest to osądzenie, tylko stanięcie w prawdzie o sobie. Każdy ma grzechy, księża też. Chodzi o to, żeby je zobaczyć, nazwać i oddać Jezusowi.
To jest spotkanie z miłosierdziem. Ksiądz mówi: „idź i nie grzesz więcej”, udziela rozgrzeszenia. Często modli się też później za tych, których spowiada.