Są tematy tabu, których się nie rusza. Ludzie - szanujmy się! O takich sprawach się publicznie nie mówi. Dzisiaj mamy Jezusa, który w synagodze w Nazarecie zaczął przemawiać. Jak to się skończyło? Wyciągnęli Go, wyrzucili poza miasto i chcieli Go strącić z góry. O mało całe swoje wystąpienie przypłacił życiem. Na szczęście nie udało im się, ponieważ jeszcze nie nastała godzina Jezusa.
Jezus mówi: „Zaprawdę powiadam wam: żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie”. Czy Jezus tym ludziom powiedział nieprawdę? Czy ich obraził? Nie. Powiedział rzecz prawdziwą, co do której oni mieli świadomość, ale w tej grupie społecznej był to temat tabu. Tego tematu się nie rusza. Co z tego, że to jest prawda?
„Zabić posłańca” – istnieje takie psychologiczne zjawisko, pewien sposób funkcjonowania grup. Gdy w jakiejś grupie pojawia się problem i ktoś go zauważy, dostrzeże, to trudno, żeby ta grupa nagle podjęła refleksję. Trzeba by zmienić siebie, zmienić struktury, coś przepracować, stworzyć coś nowego. Łatwiej jest więc tego, który się odezwał i który to zauważył, wziąć na muszkę i „odstrzelić”. Wtedy jest spokój, grupa może funkcjonować dalej.
Historia z Nazaretu pokazuje to bardzo wyraźnie. Jezus odwołuje się do dwóch starotestamentalnych wydarzeń. Mówi: w czasach Eliasza został on posłany do Sarepty Sydońskiej, do wdowy, a wielu Izraelitów głodowało. Później prorok Elizeusz uzdrawia z trądu Syryjczyka Naamana, a wielu Izraelitów chorowało. Dlaczego? Ponieważ w obu przypadkach chodzi o osoby spoza narodu wybranego. To oni otrzymali łaskę od Boga, ponieważ tam była wiara.
Pan Jezus w Nazarecie zarzuca więc, że Izrael poprzez brak wiary i poprzez odrzucanie proroków nie jest w stanie przyjąć Boga. Dlatego Ewangelia będzie głoszona także wśród pogan po całym świecie.
Te dwie historie ze Starego Testamentu były dobrze znane mieszkańcom Nazaretu. Oni jednak podskórnie czuli, że o takich sprawach się nie mówi. W pierwszym wieku Izraelici mieli przekonanie o swojej wyjątkowości. Oni są narodem wybranym. Reszta narodów jest gdzieś daleko, jakby zapomniana przez Boga. To ich sprawa, co się z nimi stanie. Oni są bliżej Boga, oni będą zbawieni, bo zostali szczególnie wybrani.
Pan Jezus podaje dwa starotestamentalne przykłady, że niekoniecznie tak jest. Reakcja jest więc gwałtowna. Właśnie to może nas zaskakiwać: Jezus dotknął bardzo czułego punktu. Nagle zapalili się gniewem. Nie dlatego, że powiedział nieprawdę, ale dlatego, że powiedział prawdę, o której się nie mówi.
Czy w naszych środowiskach nie jest podobnie? Ile razy w pracy, w domu, w rodzinie ktoś zauważy, że coś nie funkcjonuje dobrze. Wtedy uruchamia się mechanizm „zabić posłańca”. Najlepiej uciszyć tego, który się odezwał.
Nawet w Kościele bywa podobnie. Ktoś powie o pedofilii czy o sprawach finansowych i już jest przegrany, bo dotyka tematów, o których się nie mówi, które są dla wielu tabu.
Jest jeszcze jeden mechanizm, który widać w tej Ewangelii. Jezus mówi jako jeden ze swoich. Gdzie to robi? W synagodze w Nazarecie. Pochodził z Nazaretu, był jednym z nich. Istnieje takie polskie powiedzenie: „Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one”. Ludzie są przyzwyczajeni, że jeśli ktoś jest w danej grupie, to myśli tak jak oni, mówi to, co oni, funkcjonuje tak jak oni.
Tymczasem funkcjonowanie wielu grup – czy to parafii, czy szkoły, czy zakładu pracy – bywa czasem bardzo dziwne, ale ludzie przyzwyczaili się do tego przez lata. Tak to działa. Jeśli ktoś w to wchodzi i żyje tak jak wszyscy, wszystko jest w porządku. Ale jeśli ktoś się wychyli, wtedy pojawia się problem.
Istnieje nawet takie chińskie powiedzenie: „Gwóźdź, który wystaje, trzeba wbić”. Czyli młotkiem zrównać go z resztą, żeby znowu wszystko było równo.
To też dobrze znamy. Ile razy ktoś próbuje się wychylić, zrobić coś inaczej, a zaraz jest sprowadzany z powrotem do grupy. Dopóki ktoś jest na tym samym poziomie i żyje według tych samych społecznych zasad, wszystko jest w porządku. Może funkcjonować. Ale jeśli ktoś zacznie się wyróżniać, wtedy pojawia się opór.
Niech więc dzisiejsza Ewangelia będzie dla nas uzmysłowieniem, że jeśli chcemy głosić, zwłaszcza wśród swoich, spełnią się słowa Jezusa: prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie.
Dlatego na przykład na rekolekcje parafialne przyjeżdża ksiądz z zewnątrz. Głosi kazania, mówi piękne słowa i ludzie chętnie słuchają. Kogoś z zewnątrz odbiera się inaczej. Natomiast kogoś, kogo znamy od lat, kogo znamy z codzienności, zaczynamy postrzegać przez pryzmat tego, co o nim wiemy. Spłaszczamy jego obraz. Nawet jeśli powie coś mądrego albo zaproponuje coś nowego, łatwo powiedzieć: „My go znamy”.
Istnieje też taki mechanizm świeżości: ktoś, kto przyjeżdża z zewnątrz z walizką, wydaje się profesjonalistą. Zresztą widać to w wielu miejscowościach. Ilu ludzi prowadzi na miejscu dobre usługi – fryzjera, kosmetyczkę, barbera czy inne rzeczy – a ludzie wolą pojechać do większego miasta, do Poznania czy do Piły. Tam zapłacą więcej, ale wydaje im się, że tam jest ktoś bardziej profesjonalny.
Przecież to jest często taki sam człowiek jak ten, który pracuje na miejscu. Działa tu właśnie to poczucie świeżości, że ktoś jest „z zewnątrz”.
Niech więc dzisiejsza Ewangelia będzie dla nas przypomnieniem dwóch rzeczy. Po pierwsze: niełatwo jest głosić prawdę, zwłaszcza wśród swoich. Po drugie: warto zapytać siebie, czy czasem nie jesteśmy po stronie tych, którzy przyzwyczaili się do konformizmu, do tematów tabu, o których się nie mówi.
Czy kiedy ktoś otwiera nam oczy na jakiś problem, od razu chcemy „zastrzelić posłańca”, wbić wystający gwóźdź i udawać, że nic się nie stało? Czy może jednak spróbujemy posłuchać i pomyśleć: może ten człowiek mówi coś, co naprawdę mogłoby zmienić moje życie?