Dziś w kościele słyszymy przypowieść o synu marnotrawnym, inaczej zwaną też przypowieścią o miłosiernym ojcu. Bardzo prosta, ale jakże genialna. Nie będę jej całej przytaczał, ale pamiętamy: syn, który prosi ojca o majątek, odjeżdża w dalekie strony, tam wszystko roztrwania, musi aż po prostu żebrać o pieniądze, nawet mu nie dadzą jeść tego, co jedzą świnie. Mówi: pójdę, przeproszę ojca, zostanę jego najmniejszym sługą.
Wraca i co dostrzega? Jego ojciec, który zobaczył go z daleka, biegnie ku niemu, biegnie, żeby przyjąć swojego syna w otwarte ramiona. Święty Augustyn mówi, że ten obraz ukazuje ogrom miłosierdzia Bożego, który czeka na człowieka, a najważniejsze – nie tylko czeka, ale biegnie ku niemu.
Dla patriarchy Starego Testamentu to była rzecz niewyobrażalna. Jak taki człowiek w majestacie swoim mógłby biec? Wyobraźmy sobie: widzieliście kiedyś biegnącego biskupa albo księdza? Proboszcza może czasami tak, przed świętami, jak jest sam na parafii, biega, coś załatwia, ale normalnie taki człowiek, gdzieś dostojny, raczej nie biega na co dzień. A tu biegnie ten ojciec, żeby przytulić swojego syna, który wraca. Zapomniał w ogóle, że roztrwonił majątek, że bezczelnie mu powiedział, żeby oddał część majątku, która do niego należy. Wychodzi z miłosierdziem, żeby go przyjąć.
Dzisiaj jest pierwsza sobota miesiąca, oczywiście gdy publikuję to nagranie, ale nagrywam je dzień wcześniej, w pierwszy piątek miesiąca. Właśnie skończyłem godzinny dyżur w konfesjonale. Piękna rzecz – to dzielenie się miłosierdziem Bożym, przyjmowanie ludzi do Bożego miłosierdzia. Tak Pan Jezus chce przyjmować ciebie: jako Ten, który nie tylko czeka, ale wybiega ku tobie, żeby cię przyjąć.