Jak Ojciec Mnie umiłował, tak i Ja was umiłowałem.
Dzisiaj rozważamy fragment Ewangelii według świętego Jana. Może niektórzy zdziwią się, dlaczego w Wielkim Poście akurat ta Ewangelia. Okazuje się, że powinna dziś przypaść inna – na środę drugiego tygodnia Wielkiego Postu – ale ponieważ mamy wspomnienie świętego Kazimierza Królewicza, w liturgii bierze się Ewangelię ze wspomnienia. Skoro Kościół tak wyznaczył, zajmujemy się dzisiaj tą Ewangelią.
„Jak Ojciec Mnie umiłował, tak i Ja was umiłowałem”. Dzisiejsza Ewangelia jest o miłości, ale nie o takiej miłości, którą my łaskawie dajemy Panu Bogu. Mamy uczestniczyć w miłości Ojca i Syna. Od tego wszystko się zaczyna. Miłość istnieje najpierw w Trójcy Świętej, a my zostajemy w nią włączeni. To pierwsze, zasadnicze spostrzeżenie dla dalszych rozważań.
Dzisiejsze rozważanie przejdziemy razem ze świętym Augustynem, którym się inspirowałem. Źródłem jest Trójca Święta. Wchodzimy w już istniejącą rzeczywistość miłości. Dalej słyszymy: „Wytrwajcie w miłości mojej”. Co to znaczy? Augustyn mówił o trwaniu w łasce. W języku teologii powiemy: trwanie w łasce uświęcającej.
Bywają sytuacje trudne, graniczne, w których tej łaski – ściśle rzecz biorąc – nie ma, na przykład gdy ktoś żyje w sytuacji nieregularnej i nie ma możliwości przystępowania do spowiedzi czy Komunii świętej. Chodzi jednak o to, aby starać się w tej łasce trwać, nie utracić jej. Nie jest tak, że mamy teraz na łaskę zasłużyć, być dobrzy, kochać, a Pan Bóg dopiero wtedy coś nam da. Wchodzimy już w rzeczywistość Bożej miłości i mamy w niej pozostać.
Zachowywanie przykazań jest znakiem tego trwania. Miłość można zredukować do słów rzucanych na wiatr: „kocham”, „trwam w miłości”. Tymczasem trwanie w miłości wyraża się w przestrzeganiu przykazań. Nie jest to warunek w sensie: będę przestrzegał wszystkich przykazań, wtedy Pan Bóg mnie pokocha. To odwrotna logika. Pan Bóg wprowadził człowieka w swoją miłość, a przestrzeganie przykazań jest wyrazem pozostawania w niej.
Pan Jezus obiecuje radość: „Aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna”. Nie chodzi tu o zewnętrzną wesołość czy uśmiech. Bywa, że ktoś z zewnątrz wygląda pogodnie, a w środku przeżywa dramat. Chodzi o głęboką radość trwania w Bogu, o radość zbawienia, do którego prowadzi wiara.
„Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś oddaje życie za przyjaciół”. To odnosi się przede wszystkim do ofiary Chrystusa, do męczeństwa, do życia oddanego w Chrystusie. Sama śmierć może być tragiczna, przypadkowa, nawet groteskowa. Istotne jest to, aby była ofiarowana ze względu na Chrystusa. Wtedy staje się najwyższym wyrazem miłości.
„Już was nie nazywam sługami… nazwałem was przyjaciółmi”. Augustyn podkreśla, że Jezus wprowadza uczniów w swój plan zbawienia. Objawia im to, kim jest i co czyni. Można być komuś posłusznym i nie być jego przyjacielem. Uczeń słucha nauczyciela, pracownik wykonuje polecenia przełożonego, ale nie zna całego zamysłu. Przyjaciel natomiast zna intencję, uczestniczy w tym, do czego drugi dąży. Posłuszeństwo wypływa wtedy nie z przymusu, lecz z udziału w czymś większym.
Realizując czynną miłość wobec bliźniego – bo Jezus konkretyzuje: „Miłujcie się wzajemnie, jak Ja was umiłowałem” – człowiek wchodzi w tę przyjaźń z Chrystusem. Nie chodzi o uczucie, lecz o czyn. To sprawia, że rodzi się w nas radość i że stajemy się przyjaciółmi Jezusa.
„Abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał”. To obietnica współpracy z łaską. Miłość pozostawia ślad. Owoc oznacza coś realnego, trwałego, co zostaje po człowieku, ponieważ współpracował z Bogiem.
Podsumowanie jest jasne: wejście w miłość Boga nie jest zasługiwaniem na Jego względy. Nie polega na tym, że człowiek gromadzi dobre uczynki, a Bóg wreszcie zacznie go kochać. Miłość Ojca i Syna jest dana pierwsza. Pytanie brzmi: czy człowiek w niej wytrwa – poprzez zachowywanie przykazań i czynną miłość wobec innych, która najpełniej pokazuje, czy naprawdę trwa w Bogu.