Słyszeliście, że powiedziano przodkom: nie zabijaj, a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi.
Aby dobrze zrozumieć dzisiejszy tekst, odnieśmy się na chwilę do wcześniejszego wersetu: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo i Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić”. Dzisiaj Pan Jezus ukazuje, jak ważna jest formacja serca.
W Starym Testamencie ważne było prawo, czyli czyn. To, co człowiek dokonał, można było osądzić zgodnie z przepisami prawa. Zresztą dzisiaj także nasze wewnętrzne nastawienie nie jest oceniane przez prawo, lecz to, co konkretnie wykonamy. To jest słuszne. Pan Jezus chce jednak pogłębić naszą formację i zwraca uwagę na to, co rodzi się w sercu.
Czyn zewnętrzny, owszem, jeśli jest zły, należy potępić, ale czyny nie biorą się znikąd. Dalej Pan Jezus podaje właśnie drogę, jak ten czyn powstaje. Rozważanie Pisma Świętego pozwala dostrzec tę dynamikę. Dotychczas można było zatrzymywać się tylko na poszczególnych określeniach, a tu zostaje ukazana pewna logika rozwoju.
Widzimy trzy stopnie.
„Każdy, kto się gniewa na swego brata” – mamy więc gniew, czyli to, co rodzi się w nas wewnętrznie, pewien stan serca. Ktoś zaczyna nas irytować, ktoś zrobił nam coś złego, budzi się w nas złość. Można żywić ten gniew, podsycać go w sobie i wtedy będzie rósł. Można też spróbować żyć dalej, zrozumieć sytuację i wtedy ten gniew będzie malał.
Drugi stopień: „kto by rzekł swemu bratu raka”, tak podaje Biblia Tysiąclecia. Inne tłumaczenia oddają to słowo jako „głupcze” czy „pustaku”. Chodzi o zwerbalizowanie pogardy. Już nie tylko jesteśmy źli na kogoś i nosimy w sobie gniew, lecz wprost go obrażamy, mówimy: jesteś głupi, z tobą nie rozmawiam. To wyraźnie stopień wyżej.
Kolejny etap: „kto by mu rzekł: bezbożniku, podlega karze ognia piekielnego”. W naszym języku nie brzmi to aż tak mocno, lecz w Starym Testamencie i w czasach Jezusa określenie kogoś bezbożnikiem, czyli kimś niewierzącym w Boga, było bardzo obraźliwe i moralnie potępiało daną osobę. W języku polskim także istnieją słowa, które moralnie potępiają drugiego człowieka, szczególnie w sprawach dotyczących życia osobistego.
Zobaczmy więc te trzy stopnie: gniew wewnętrzny, później zewnętrzna pogarda wyrażona słowem, a wreszcie moralne potępienie osoby, uznanie jej za niewartą czegoś. Pojawia się przekonanie: ja jestem wyżej, ten człowiek jest niżej, wart jedynie pogardy. Czasami dochodzi nawet do dehumanizowania takiej osoby w myślach.
Gdy człowiek dojdzie do tego etapu, łatwo już o zabójstwo czy inny zły czyn wobec tej osoby. Pan Jezus nie skupia się tylko na czynie jako czymś ostatecznym, lecz wskazuje na formowanie sumienia. Czyn rodzi się, wzrasta, nabiera siły i ostatecznie objawia się na zewnątrz.
Niech więc dzisiejsza Ewangelia będzie okazją do zastanowienia się, czy w swoim życiu zwracamy uwagę tylko na czyn. Łatwo wymieniać grzechy: to i to zrobiłem, na tym się zatrzymać. Taki jest fakt, rzeczywiście grzech był. Trzeba jednak zapytać: skąd się wziął? Gdzie zaczął rodzić się gniew? W którym momencie pojawiła się ocena drugiego człowieka, a potem pogarda?
Analogicznie jest ze wszystkimi innymi grzechami. Najpierw pojawia się myśl, jakaś pokusa. Wchodzenie w nią, później umiłowanie tej pokusy, w końcu zaakceptowanie jej, szukanie sposobu realizacji i dopiero wtedy pojawia się czyn.