Ludzie źli domagają się znaku, jak tutaj podaje tłumaczenie świętego Pawła, tradycyjnie Biblia Tysiąclecia mówi – to plemię jest plemieniem przewrotnym, domaga się znaku.
Zdecydowanie lepiej to tradycyjne tłumaczenie oddaje sens tej wypowiedzi, bo nie chodziło, że ci ludzie byli źli w takim sensie, że całkowicie byli źli. Byli takim plemieniem przewrotnym, no niestety też ludzka natura się niewiele zmienia, byli po prostu tacy jak my. Już to objaśnijmy.
Domagali się znaków i Pan Jezus mówi, że przecież tych znaków było wiele i odnosi się do dwóch starotestamentalnych sytuacji. Najpierw mówi, królowa z południa wystąpi na sądzie przeciw ludziom tego pokolenia, bo ona z krańców ziemi, dokładnie z Afryki, przybyła, aby słuchać mądrości Salomona. A tu jest coś więcej niż Salomon, mówi Jezus o sobie.
Wspomnijmy tę historię. Sława Salomona rozeszła się po całym świecie, króla Salomona, i królowa z terenów obecnej Afryki przybywa specjalnie, żeby go słuchać. Zainspirowana tymi wieściami jego mądrości.
Druga sytuacja, także starotestamentalna: mieszkańcy Niniwy powstaną na sądzie przeciwko temu pokoleniu i potępią je, bo oni się nawrócili dzięki nauczaniu Jonasza, a tu jest ktoś większy niż Jonasz. Znamy historię starotestamentalną. Jonasz idzie trzy dni przez wielkie miasto Niniwę, głosi nawrócenie i ludzie rzeczywiście podejmują trud nawrócenia. Pan Bóg ratuje to miasto, za co zresztą się Jonasz obraził. A Jezus mówi: tu jest coś więcej niż Jonasz. Wskazuje na siebie.
Dwie myśli dzisiaj będą. Pierwsza: takie spowszednienie wiary. Druga: trochę o cudownościach.
Rzecz pierwsza. Jezus po prostu gdzieś tym ludziom spowszedniał, ponieważ nie byli przygotowani na Jego przyjście. To, co jest powszednie, gdzieś staje się takie oczywiste, to, co jest właśnie tanie, na wyciągnięcie ręki.
Zanim przejdziemy do religijnych spraw, taki przykład. Ktoś mieszka nad morzem. Ludzie przyjeżdżają z końca Polski, się fascynują, jaki piękny Bałtyk, jakie piękne zachody słońca, jakie piękne wschody, jaka piękna plaża. A miejscowi często mówią: ja nie pamiętam, kiedy już nad morzem byłem, a te mewy mi tu jeszcze hałasują.
Zresztą co to tam było – jezioro Powidzkie. Byłem wikariuszem w Powidzu i chodziłem na promenadę, na plażę, a miejscowi często mówili, czy na kolędzie: ja nie pamiętam przed księdzem, kiedy ja już byłem nad tym jeziorem. Co to tam, jezioro jak jezioro. Spowszedniało.
Tak po prostu jest. Jezus stał się dla tych ludzi kolejnym jakimś cudotwórcą, kolejnym nauczycielem. Tutaj też rzecz ciekawa, bo w tamtym czasie dużo było różnych nauczycieli, społeczeństwa były religijne, nie było jeszcze ateizmu jako takiego. Było to wyznanie judaizmu jako podstawa, gorliwi faryzeusze, z drugiej strony esseńczycy czy uczniowie Jana Chrzciciela.
Wielu ludzi gdzieś głosiło, że teraz oni mają prawdę, każdy ma się nawracać, i ludzie w tym chaosie takim religijnym też żyli wokół. Pan Jezus był po prostu kolejnym, który – jedynie tyle więcej – że robił cuda. Ale widzimy, domagali się kolejnych cudów i kolejnych, i Pan Jezus mówi: nie będzie kolejnych cudów. Chodziło o to, że to im po prostu spowszedniało. Jezus nie był czymś szczególnym, kimś szczególnym w ich rozumieniu.
Inna sytuacja już bardziej taka dotycząca wiary. Ludzie jeżdżą po sanktuariach, modlą się po Polsce, po Europie, po całym świecie, ekscytują się, przeżywają coś, a wielu mieszka naprzeciwko sanktuarium, naprzeciwko kościoła, kaplicy i nie bywa tam, nie chodzi, bo to już spowszedniało. Kościół jak kościół.
Czyli zobaczmy: potrzeba tego wewnętrznego przygotowania, gotowości serca, żeby odkryć wartość czegoś. To jest ta pierwsza myśl, a druga już konkretnie o tych cudach.
Tutaj domagali się kolejnych znaków i kolejnych. Czasami jest tak: wierzę, że człowiek goni za jakimiś cudownościami, za kolejnymi rzeczami, które gdzieś go zafascynują. Czy to poszukiwanie wspólnot charyzmatycznych, czy szukanie cudów, czy szukanie jakichś szczególnych księży – takich kilka leveli wyżej w naszym rozumieniu – bo on jest, miał jakieś ciekawsze doświadczenia, czy jest egzorcystą.
Kilka lat temu była taka moda też na egzorcystów. Wielu szukało, bo zwykły ksiądz mi nie wystarczy, jego rozgrzeszenie, muszę mieć właśnie takiego ekstra księdza, egzorcystę najlepiej. Już te mody na szczęście przechodzą, ale tak to jest, że czasami ludzie szukają czegoś więcej i więcej, i więcej. A Pan Jezus mówi: nie.
Czemu nie? Ja do was przyszedłem i teraz najważniejsze: po co przyszedł Pan Jezus? Co ci ludzie mieli zrobić? Bo po pierwsze, wielu bardzo często spowszedniał – to byli ci jedni. Drudzy traktowali Go jako jakieś wyjątkowe zjawisko, bo robił cuda.
Tutaj jako ilustrację do dzisiejszego rozważania dałem zdjęcie cyrku z Inowrocławia. Przyjechał cyrk, wczoraj patrzyłem, już go nie było. Chwilę się ludzie pofascynują, poekscytują, ale co to zmienia w ich życiu? Tak samo bywa z Jezusem: ktoś się zafascynuje, poekscytuje, ale co dalej?
Dochodzimy do sedna. To, co mówiłem o tej obojętności na przyjście do kościoła, na Mszę Świętą. Wielu się zastanawiało, co można zrobić atrakcyjniejszego w kościele: jakiś kącik dla dzieci, lepszą Mszę w sensie jakąś dialogowaną dla dzieci, czy rozbudować liturgię, czy jakiś chór do tego. Ale jeśli człowiek nie ma tej wewnętrznej potrzeby, wracamy do punktu pierwszego, to go nic nie pociągnie do tej modlitwy.
To musi być to wewnętrzne nastawienie, czyli jakaś potrzeba wyjścia do Jezusa, odkrycia Go. To nie szukanie fascynacji, nie szukanie cudowności, bo można tak przeżywać wiarę: póki jest cudownie, fajnie, to jestem, ale co dalej?
Po co Pan Jezus chodził do tych ludzi? Czy oni mieli stać się Jego uczniami? Tak, ale nie w taki sposób, że mieli teraz porzucić swoją pracę i chodzić za Nim, jak apostołowie. To była część wybrana: apostołowie, uczniowie siedemdziesięciu dwóch, którzy mieli iść za Jezusem. Później ich posłał przed sobą, ale generalnie gdzieś cały czas Mu towarzyszyli.
Natomiast pozostali mieli zostać w swoich miejscach zamieszkania, mieli nawracać się po prostu, czyli podejmować pracę nad sobą, zmieniać swoje życie. Tu jest istota.
Po co ma ktoś przyjść do tego kościoła? Po to, żeby zmienić swoje życie, żeby zmieniać, żeby po wyjściu z kościoła być bardziej uczciwym, radosnym, kochać bardziej swoich bliźnich, wybaczać.
Dlatego też wielu z tych ludzi żądało kolejnych znaków, kolejnych od Jezusa, bo przyjęcie Jego nauczania oznaczałoby, no niestety, ale zmianę swojego życia, nawrócenie. To był argument: nie, nie, jeszcze nam coś pokaż, jeszcze jedna sztuczka, jeszcze jeden cud, wtedy Cię posłuchamy.
Dzisiaj też tak jest. Wielu ludzi nie przyjdzie do kościoła nie dlatego, że ta Msza jest nieatrakcyjna, liturgia ich nie pociąga, ale dlatego, że przyjście do kościoła, nie mówię takie po prostu zewnętrzne, ale głębsze, oznaczałoby, że po powrocie z tego kościoła trzeba byłoby jednak to życie trochę zmienić, popracować nad sobą, starać się żyć uczciwiej. A to już niestety kosztuje i nie każdego na to stać.