Nie abstrakcyjna wizja końca świata, lecz codzienny egzamin miłości. Tak nazwałem dzisiejsze rozważanie.
W Ewangelii widzimy, jak Pan Jezus mówi o sądzie ostatecznym. Ukazuje obraz pasterza, który oddziela owce od kozłów: jednych stawia po lewej stronie, drugich po prawej. Ci, którzy uczynili coś dobrego jednemu z tych najmniejszych, zostaną przyjęci do chwały nieba. Ci, którzy tego nie uczynili, pójdą na potępienie.
Jakże łatwo pójść w abstrakcyjne obrazy końca świata, wyobrażać sobie, że kiedyś będzie sąd i Pan Jezus surowo osądzi jednych i drugich. Tymczasem ojcowie Kościoła, pierwotni pisarze chrześcijańscy, bardzo mocno osadzali ten tekst w realiach życia wspólnoty. Nie chcieli, aby prowadził do czysto teologicznych spekulacji, lecz aby dotykał naszego codziennego życia.
Pan Jezus w obrazie sądu, który przedstawił, nie odpytuje ludzi z katechizmu, nie sprawdza, jakie mieli oceny z religii. Pyta o dobro: „Co uczyniliście jednemu z tych moich najmniejszych?”.
Święty Augustyn z Hippony mówił, że w mistycznym Ciele Chrystusa, czyli w Kościele, realizuje się konkretna miłość. Ci najmniejsi, o których mówi Pan Jezus, to nasi bliźni spotykani każdego dnia. Wobec nich mamy pełnić czynną miłość.
Święty Cyprian z Kartaginy podkreślał, że spotykając ubogich i potrzebujących, możemy poprzez jałmużnę zdobywać niebo. Nie chodzi wyłącznie o pieniądze, bo nie każdy je posiada, aby rozdawać. Jałmużną może być dar czasu, zdolności, umiejętności, poświęcenie dla drugiego człowieka.
Najpiękniejsza myśl na koniec pochodzi od świętego Grzegorza Wielkiego. Zwracał on uwagę na powagę zaniedbania. Nie wystarczy nie czynić zła. Zaniedbanie dobra wobec potrzebującego jest już winą.
Na początku Mszy świętej mówimy: „Zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina”. Często wypowiadamy tę formułę mechanicznie, bez głębszej refleksji nad grzechem zaniedbania. Nieraz ktoś mówi: nikogo nie zabiłem, nie okradłem, nikomu nic złego nie zrobiłem. Nie dostrzega jednak grzechu zaniedbania.
Chrześcijaństwo nie polega na tym, aby nie ubrudzić sobie rąk i nie wchodzić w ludzką biedę z obawy przed błędem czy niezrozumieniem. Kto naprawdę chciał pomagać, ten wie, że pomoc bywa opacznie odbierana, krytykowana, podejrzewana o ukryte intencje. Zdarza się, że dobro zostaje źle zrozumiane i nie tylko nie jest wynagrodzone, lecz wręcz spotyka się z zarzutem. To jednak nie zwalnia z obowiązku miłości.
Niech dzisiejsza Ewangelia nie pozostanie wizją odległego, abstrakcyjnego sądu. Sąd rzeczywiście będzie, lecz zaczyna się już teraz — w konkretnych czynach wobec konkretnego człowieka, którego spotykamy. Możemy uczynić dobro albo minąć go obojętnie i zaniedbać to dobro.