„Ja o niebie, wy o chlebie.” Tak mógł się dzisiaj poczuć Pan Jezus w łodzi. Płynie z apostołami i próbuje ich ostrzegać: unikajcie kwasu faryzeuszów i kwasu Heroda. Patrzy na nich i mówi: „Dlaczego rozmawiacie o tym, że nie macie chleba?” A oni właśnie tym się w tym momencie zajmowali.
Jezus przypomina im dwa rozmnożenia chleba i pyta: „Ile zebraliście koszów za pierwszym razem?” Dwanaście. „A ile za drugim?” Siedem. „Jeszcze nie rozumiecie?” – pyta retorycznie Jezus.
Zobaczcie, apostołowie, którzy mieli z sobą Jezusa w łodzi, i tak mieli głowy zaprzątnięte sprawami doczesnymi. Byli głodni, nie wiedzieli, czy zapasów im wystarczy. Co z tego, że Jezus przed chwilą rozmnażał chleb dla tysięcy ludzi? Bali się, że dla nich kilku w tej łodzi chleba zabraknie.
Przenosząc to na naszą codzienność, przesłanie wydaje się oczywiste. Ile razy my martwimy się wieloma rzeczami – i słusznie, bo człowiek musi dbać o siebie, o swoje sprawy, o wiele rzeczy prozaicznych i codziennych – ale te rzeczy nigdy się nie skończą. Zawsze będzie coś na głowie. Jedno się uporządkuje, następne się pojawi. Tu trzeba rachunek zapłacić, tu coś się popsuje, tu jakieś terminy gonią.
W tym wszystkim można być jak apostołowie w łodzi – mieć myśli całkowicie zaprzątnięte codziennością. A Jezus wskazuje na niebo i mówi: na chwilę posłuchajcie, zajmijcie się sprawami istotniejszymi.
Niech w naszym życiu będzie czas na sprawy duchowe: może rekolekcje w ciągu roku czy pielgrzymka, ale też w ciągu dnia chwila na modlitwę, w niedzielę Msza Święta, w tygodniu krótka lektura Pisma Świętego, pacierz rano i wieczorem czy inne modlitwy.
Spraw codziennych zawsze będzie wiele i nigdy ich człowiek do końca nie przerobi. Ilu ludzi umierało w połowie drogi, zostawiało rozpoczętą pracę, a ktoś inny ją kończył.
Pamiętajmy: rzeczy codzienne są ważne i potrzebne, ale nie mogą nam całkowicie przyćmić nieba.
Takie ostatnie porównanie. Człowiek idzie przed siebie, wie, że ma drogę do przejścia i musi iść. Ale jeśli zapomni co jakiś czas zatrzymać się, spojrzeć na mapę, rozejrzeć się, gdzie jest, to pobłądzi. Już nie pamięta, dokąd miał dojść, nie patrzy na drogę, tylko idzie coraz szybciej, by jak najszybciej dotrzeć.
Tak może być z człowiekiem, który nie ma czasu na duchową refleksję, tylko robi wszystko, by było jak najlepiej i jak najwięcej. A czasem potrzeba zatrzymania, skorygowania kierunku, sprawdzenia, czy idę dobrą drogą.
To jest właśnie moment modlitwy. Moment rozeznawania woli Bożej.