Gdy wystąpili faryzeusze i chcąc wystawić Go na próbę, domagali się od Niego znaku z nieba, Jezus powiedział: temu pokoleniu nie będzie dany żaden znak. Zostawiając ich, wsiadł do łodzi i odpłynął.
Nie dyskutował z faryzeuszami, ponieważ widział, że nie mieli otwartych serc. „Znak – udowodnij nam, że jesteś Mesjaszem”. Może zanim przejdziemy do zatwardziałości serca, najpierw to „udowodnienie”, bo trochę racji mieli z tego powodu, że w tym czasie występowali różni ludzie, którzy podawali się za mesjaszy. Było wielkie oczekiwanie mesjańskie, że przyjdzie wybawiciel Izraela.
W Dziejach Apostolskich mamy mowę o takim człowieku – Teudasie. Gamaliel mówi, że wystąpił Teudas, pociągnął za sobą ludzi, ale jego dzieło upadło. Jeśli coś pochodzi od Boga, to przetrwa. Jeśli jest tylko ludzkie, to się rozpadnie.
Józef Flawiusz w „Dawnych dziejach Izraela” opisuje także Teudasa, ale najprawdopodobniej jest to tylko zbieżność imion, ponieważ ten działał około dziesięć lat później. Też ogłaszał się mesjaszem, prorokiem, zebrał wokół siebie kilkuset ludzi, wyprowadził ich nad rzekę Jordan i obiecał im, że dokona cudu: rzeka się roztąpi. Okazało się, że rzeka się nie roztopiła, wojsko go dogoniło, ścięli go, a jego głowę zaniesiono do Jerozolimy. Tak zakończyła się jego pokazówka. Nie udowodnił, że jest mesjaszem.
Natomiast w przypadku Jezusa jednak bardziej jest to wyraz niedowiarstwa i zatwardziałości serca faryzeuszów, ponieważ tych cudów było już tyle, że mogli się spokojnie przekonać. Tu bardziej idziemy w duchu kuszenia Jezusa na pustyni, bo przecież ewangelista zapisał: „chcąc wystawić Go na próbę”, czyli mieli konkretną intencję, tak jak zły duch na pustyni po czterdziestu dniach kusił Jezusa, chcąc wystawić Go na próbę. Tak samo oni mieli takie nastawienie.
Szukałem jakiejś analogii do naszego życia i pomyślałem sobie: idziemy przez galerię. Są na środku takie często wysepki i coś tam jest oferowane, na przykład usługi bankowe. Ktoś podchodzi, zaczepia nas i zaczyna proponować jakiś kredyt, jakąś ofertę bankową. Większość z nas przyjmuje trzy możliwe postawy.
Pierwsza: „nie” – od razu człowiek się nasroży i szuka wymówki, jak się wykręcić, żeby w to nie wejść.
Druga: ktoś jest zafascynowany tą firmą, tą ofertą albo ogólnie tym bankiem i od razu z góry szuka okazji, żeby w to wejść.
Trzecia: ktoś po prostu słucha, wchodzi w dialog, nie zakładając a priori, że jest na „nie”, ani bardzo ufnie na „tak”, tylko chce zapoznać się z ofertą. W swoim sercu jest na tyle otwarty, że oceni, czy ta oferta jest dla niego atrakcyjna, czy nie.
Zobaczmy: generalnie w życiu, abstrahując od tego konkretnego przykładu, także w innych sytuacjach życiowych, bardzo często jest tak, że człowiek od razu nastawia się na „nie”, drugi od razu na „tak”, a trzeci to jest ten, który rozeznaje. Bywa tak, że kiedy coś chcemy zrobić, znajdziemy motywację i sposób, żeby tylko to się udało. Człowiek, który jest nastawiony na „nie”, zawsze znajdzie jakąś wymówkę, żeby tego nie zrobić.
My mamy być ludźmi, którzy rozeznają i podejmują decyzje. To byłaby sytuacja apostołów, którzy byli z Jezusem. Faryzeusze byli nastawieni na „nie”. Chcieli kolejnej próby, kolejnej, ale nie byli zainteresowani pójściem za Jezusem.
Z drugiej strony są ludzie zbyt naiwni. Jezus nigdy nie popierał naiwności. Mówił o wierze, ale nie mówił o naiwności. Na środku są uczniowie, zwłaszcza ten tzw. „niewierny Tomasz”. Gdy wątpił i chciał dowodu po zmartwychwstaniu, Pan Jezus go nie zgromił, nie skarcił. Czyli Pan Jezus nie popierał takiej wiary na zasadzie po prostu naiwności. Sam ostrzegał przed fałszywymi prorokami, przed zwodzicielami.
Przechodząc do puenty: może być tak, że ktoś ma zatwardziałe serce. To jest oczywiście rzecz zła, bo wtedy nigdy nie wejdzie w dialog z Panem Bogiem. Może być też człowiek zbyt naiwny. Na czym by to polegało? Na tym, że wszystko przyjmuje bez refleksji, a to grozi niestety zfanatyzowaniem.
Jak może wyglądać wiara człowieka, który nie podejmuje refleksji i rozeznania duchowego? W pewnym momencie zaczyna iść we wszystko, co łatwe, co przyjemne. Szuka coraz mocniejszych bodźców, bo musi sobie udowadniać, że w ten sposób wierzy.
Później są ludzie charyzmatycy, którzy nie pójdą na zwykłą Mszę Świętą, bo ona jest taka nudna. Jak nie ma podnoszenia rąk i nie ma śpiewu, to to już nie Msza Święta. Później są ludzie, którzy nie przyjmą Komunii Świętej od szafarza, jakby teraz Jezus miał nagle stracić swoje właściwości. To jest Eucharystia. Nawet jak spadnie Komunia Święta na posadzkę w kościele, ksiądz ją podnosi: albo spożyje sam, albo odkłada na bok, później do vasculum. Jezus jest w każdej drobince, po to puryfikujemy. Nie jest tak, że szafarz Go dotknie i teraz traci swoje właściwości, a niektórzy idą i fanatyzują się w tym kierunku, że już koniec: „takiego Jezusa nie uznaję”.
Albo ktoś idzie w tradycyjną liturgię, w Mszę Świętą, i później przyjdzie na Mszę, zobaczy ołtarz-stół i mówi: „Ten stolik? Co to tam jest? Ja uznaję tylko prawdziwą liturgię”. Gdzieś odchodzi nawet od Kościoła katolickiego.
Była taka sytuacja z kolędy. Patrzę: na jednych drzwiach KMB. Mówię: o, na pewno pukamy – przyjmą kolędę. A okazało się, że kolędy nie przyjmują, ponieważ uznają tylko tradycjonalistów i przyjeżdża ksiądz z Poznania, żeby kolędować, albo sami jeżdżą do Poznania na Mszę Świętą, bo już „zwykły” Kościół rzymskokatolicki jest nieważny. Ktoś był kiedyś bardzo pobożny, ale gdzieś właśnie przez taką czystą naiwność pobłądził.
Co nam zostaje? Odrzucamy zatwardziałość serca, odrzucamy naiwność i pójście za zwodzicielami. Potrzebne jest rozeznanie – konkretne, codzienne rozeznanie – żeby iść za Panem Jezusem. Tego potrzeba, aby wzrastać w życiu duchowym.