Dziś w Ewangelii słyszymy o śmierci Jana Chrzciciela. To bardzo trudna sytuacja, ponieważ Herod z jednej strony obawiał się Jana, trzymał go w więzieniu, a z drugiej strony był moment, w którym urządził ucztę — powiedzielibyśmy dzisiejszym językiem: imprezę. Upija się, bawi bardzo dobrze, aż zaczyna rzucać obietnice, teoretycznie bez pokrycia. Jego aktualna kobieta, z którą mieszkał, wykorzystała ten moment. Posłała do niego swoją córkę, bardzo piękną dziewczynę, która zaczęła tańczyć. Spodobała się Herodowi do tego stopnia, że można powiedzieć, iż pożądał jej wręcz. Wtedy wypalił: obiecuję ci wszystko, nawet połowę królestwa.
Co robi córka Herodiady? Pyta matkę: o co mam prosić Heroda? Matka odpowiada jednoznacznie: o głowę Jana Chrzciciela. Córka rzeczywiście idzie do Heroda i prosi o ścięcie Jana. Król jest zasmucony, ale ze względu na przysięgę i obecnych współbiesiadników chce dotrzymać słowa, pokazać, że jest królem i że ma władzę. Jan Chrzciciel zostaje ścięty, a jego głowa zostaje przyniesiona na misie, najpierw córce, a przez nią matce. Herodiada dopięła swego — chciała pozbyć się Jana Chrzciciela i to się udało. Ale jakim kosztem? Posłużyła się własną córką.
Wielokrotnie czytałem ten tekst i zazwyczaj skupiałem się albo na mściwości Herodiady, albo na pożądliwości Heroda, który przez swoje zachcianki kazał zamordować człowieka. Dzisiaj jednak, rozważając ten fragment, pojawia się inne pytanie: kim była ta kobieta, Herodiada, skoro potrafiła posłużyć się własną córką? Która matka kazałaby swojej córce przynieść głowę zabitego człowieka, głowę Jana Chrzciciela, na misie? U normalnego człowieka rodzi się odraza. Herodiada natomiast wykorzystała własne dziecko.
Na tym chciałbym się dziś skupić. Zobaczmy, że jej córka nie potrafi podjąć samodzielnej decyzji. Herod oferuje jej połowę królestwa, a ona mogłaby zażądać czegoś wielkiego: własnej komnaty, pałacu, dodatkowej służby. Tymczasem idzie do matki i pyta: mamo, o co mam prosić Heroda? Jaka wielka niedojrzałość.
Ten obraz warto przełożyć na nasze życie. Jakże często ludzie posługują się drugim człowiekiem dla własnych celów, traktując go instrumentalnie. Najprostszy, ale zarazem najbardziej bolesny i bardzo częsty przykład to sytuacja rozwodów. Jedna i druga strona próbuje manipulować dziećmi, przeciągać je na swoją stronę. Padają słowa: zobacz, tata jest niedobry, bo nas zostawił; powiedz tacie, że mama przez niego płakała; a zobacz, z kim teraz jest twoja matka. Dziecko ma w głowie chaos. W jednym domu musi mówić jedno, w drugim coś zupełnie innego. Czasem dochodzi do tego jeszcze próba przeciągania pieniędzmi. Z zewnątrz może to wyglądać nawet atrakcyjnie: podwójne urodziny, podwójne święta. Jak to dziecko przeżywa w środku, wie tylko ono samo.
Nie chodzi tu o sam fakt rozwodu, ale o rozgrywanie dzieckiem. Opiekę nad nim można podzielić w sposób dojrzały, można je kochać i szanować, a nie używać do własnych porachunków.
Takie przykłady pojawiają się także w innych, bardziej codziennych sytuacjach. W kłótniach czy dyskusjach bywa, że ktoś próbuje wciągnąć drugiego w konflikt. Zdarza się, że słyszę: „niech ksiądz potwierdzi”. Nagle mam stać się autorytetem, który poprze jedną ze stron, choć nie znam całego kontekstu i nie jestem zaangażowany w daną sytuację. Ktoś na siłę próbuje przeciągnąć drugiego na swoją stronę.
Warto zapytać siebie, czy czasami nie postępujemy podobnie. Czy drugi człowiek jest dla nas osobą, którą mamy kochać i szanować, czy raczej środkiem do osiągnięcia celu? Dzisiejsza Ewangelia pokazuje to bardzo wyraźnie na przykładzie Herodiady. Jej córka nie jest nawet wymieniona z imienia. Została potraktowana całkowicie instrumentalnie, jako narzędzie zemsty na Janie Chrzcicielu, który mówił prawdę i nazywał grzech po imieniu.
Czy w swoim życiu, w relacjach z ludźmi, nie zdarza się traktować innych instrumentalnie? Czy zawsze patrzy się na drugiego człowieka przez pryzmat miłości chrześcijańskiej? A może czasami, dla własnych celów, jednak posługujemy się drugim człowiekiem?