Pewnego razu wszedł Jezus do domu, a zbiegł się taki tłum, że nie mieli chwili na zjedzenie chleba. Gdy Jego krewni usłyszeli o wszystkim, przyszli, aby Go powstrzymać, mówiono bowiem: „Odszedł od zmysłów”.
Zaledwie dwa wersety, taki króciutki dzisiaj fragment biblijny, ale jakże dosadny. Nikt z nas nie chciałby chyba, żeby jego najbliższa rodzina mówiła: „odszedł od zmysłów”, a tu o Jezusie takie coś. Gdybyśmy zerknęli dalej do Pisma Świętego, to okazuje się, że ta interweniująca rodzina nawet wzięła ze sobą Maryję. Wzięli Maryję, żeby przyszła upomnieć swojego Syna, co On wyczynia. Ludzie mówią, że odszedł od zmysłów.
Patrzyłem w komentarzach biblijnych i rzeczywiście komentarze to potwierdzają. Tak, Jezus był tak odbierany. Dlaczego? Ponieważ nagle zaczął z pełną mocą głosić. Wszedł w swoje powołanie, które odkrył. Zaczął wyrzucać złe duchy, zaczął uzdrawiać. Przecież Jezus, pamiętamy, ma teraz około trzydziestu lat. Wcześniej żył sobie spokojnie, jako cieśla pracował najprawdopodobniej, zajmował się swoimi sprawami, nikomu nie wadził, nie przeszkadzał. A nagle szum wokół Niego, ludzie, On twierdzi, że jest Synem Bożym. Dla bliskich to był totalny szok.
Tak sobie wczoraj myślałem nad tym tekstem biblijnym, jakże często ci bliscy właśnie gdzieś nas ograniczają. Oni mają swoją wizję tego, kim masz być. Czy rodzina, czy nawet nasi przyjaciele, często fałszywi przyjaciele – dopóki jesteśmy z nimi w dobrych relacjach, na równi, jest w porządku. Ale gdy zaczynamy coś tworzyć, niech ktoś z was zacznie otwierać swoją firmę, działalność, od razu się okaże, kto jest przyjacielem, a kto kąśliwym okiem patrzy, albo kto jeszcze chce mieć zniżki, chce „dać przyjacielowi zarobić”, żeby on poszedł w viral, żeby jakoś go podnieść na duchu.
Mówię to też dzisiaj w konkretnym kontekście, ponieważ wczoraj wieczorem byłem na studniówce. Nasze liceum w Chodzieży miało w Budzyniu, w Platinum, studniówkę. Bardzo świetnie młodzież się bawiła. Patrzyłem na nich – przecież to są przyszli maturzyści. Już za zaledwie sto dni matura i większość z nich pójdzie na studia. I znowu reakcja ich rodziców. Niektórzy będą ich wspierać, zachęcą: idź, stać cię jeszcze na więcej. A niektórzy będą ich zatrzymywać. No gdzie? Do Poznania? Gdzie? Do Krakowa? Do Warszawy? Będziesz w akademiku mieszkać czy gdzieś wynajmować? A pieniądze? A ktoś się o ciebie zatroszczy? Czy dasz radę? Przecież tam tyle osób walczy o jedno miejsce.
Zobaczmy, ta rodzina w tym momencie może pchnąć tego młodego człowieka do przodu, dodać mu skrzydeł, a może go też chwycić kurczowo za nogi, bo boimy się, że teraz odejdzie, nie przejmie gospodarstwa, nie będzie gdzieś blisko.
W naszym życiu, przekładając ten tekst na codzienność, czy czasami nie zatrzymujemy się w realizacji swojego powołania, w realizacji dobra, które rozeznajemy, że należy czynić, w rozwijaniu swoich talentów, bo ktoś nas ogranicza, bo ktoś nas trzyma, bo ktoś się boi, że coś właśnie straci, jakieś korzyści z nami związane?
Jakże często ktoś cię zatrzymuje – to jest pierwsza myśl. A druga: czy czasami ty, poprzez swoje lęki i obawy, nie zatrzymujesz drugiego gdzieś kurczowo, żeby się nie rozwinął, bo ty coś stracisz, nie myśląc o jego przyszłości, o jego talentach, o tym, że on jest osobą i ma prawo szukać swojej drogi, nawet jeśli popełni swoje błędy.
Niech ten dzisiejszy tekst Ewangelii przypomina nam o tym, że mamy iść pomimo oporu innych, pomimo ich ograniczeń i wizji naszej osoby.