Dzisiejsza Ewangelia mówi o tym, że Pan Jezus wyszedł nad jezioro. Oddalił się trochę od ludzi, ale i tak ten tłum się na Niego cisnął. Zobaczmy sytuację: najpierw Pan Jezus wychodził, szukał ludzi, a teraz Jego sława tak się rozniosła, że ewangelista Marek zapisuje, iż wprawdzie większość przychodziła do Uzdrowiciela, ale tłumy były tak wielkie, że – jak notuje Marek – ze względu na tłum, który na Niego napierał, polecił swoim uczniom, aby łódka była dla Niego zawsze przygotowana.
Pierwsze wrażenie może być takie, że Pan Jezus chciał po prostu uciec, gdyby ludzi było zbyt wielu. Jednak nie o to chodzi. W komentarzach biblijnych czytamy, że chodziło dosłownie o fizyczny napór ludzi. Panowało przekonanie, że wystarczy dotknąć Jezusa, aby zostać uzdrowionym. Spróbujmy to sobie wyobrazić: wielkie tłumy ludzi, którzy przestają patrzeć na siebie nawzajem. Każdy chce fizycznie dotknąć Jezusa, każdy chce odzyskać zdrowie. Człowiek zdesperowany zrobi wszystko, by je odzyskać. Taki tłum napiera na Jezusa. Wtedy zaczynamy rozumieć, po co ta łódka w pogotowiu, po co możliwość ewakuacji. Nie dlatego, że tłum był wrogo nastawiony. Przeciwnie, ludzie kochali Jezusa. Jednak fizycznie byli w stanie Go po prostu zgnieść, zmiażdżyć.
To nie jest przesada. Mamy pozabiblijne świadectwa z I wieku. Tacyt opisywał sytuacje, w których podczas igrzysk w Rzymie tłum taranował ludzi i ginęli. Józef Flawiusz wspomina o wydarzeniach z Jerozolimy podczas święta Paschy, gdy tłum pielgrzymów stratował ludzi. Także współcześnie często dochodzi do podobnych tragedii. Sam pamiętam wydarzenia sprzed jedenastu lat w Bydgoszczy, na Fordonie, na uczelni. Podczas imprezy studenckiej tłum przechodził przez wąski korytarz i zadeptał troje studentów. Jedna osoba zmarła na miejscu, dwie kolejne później, w wyniku doznanych obrażeń.
Tłum był niebezpieczny w czasach Jezusa i dzisiaj również bywa niebezpieczny. Zagrożenie było bardzo realne. Dlatego ta łódka, dzięki której Jezus mógł się w razie potrzeby ewakuować.
Dzisiaj chciałbym zatrzymać się nad tym, jak działa tłum, ale już nie w sensie fizycznym. Tych tłumów w kościołach mamy coraz mniej. Pamiętam jedno takie spotkanie, na przykład z ojcem Szustakiem w katedrze w Poznaniu, gdzie rzeczywiście nie dało się wcisnąć szpilki. Albo inne spotkanie sprzed ponad dwudziestu lat na polach lednickich, gdzie było ponad sto tysięcy młodzieży. Jako dwudziestoparolatek przechodziłem przez Bramę Rybę i choć ważyłem wtedy około dziewięćdziesięciu kilogramów, tłum był w stanie mnie przesunąć. Taki był napór.
Zostawmy jednak napór fizyczny. Chciałbym skupić się na naporze mentalnym, psychicznym, społecznym. Jakże często media pokazują dziś różnego rodzaju lincze, medialne nagonki. Pojawiają się tematy niedoprecyzowane, bez formalnego oskarżenia, bez wyroku sądu, a mimo to media wydają już wyrok. Uruchamia się mechanizm tłumu: kolejne komentarze, krytyka, powielanie informacji. Tłum zaczyna atakować daną osobę, często personalnie. Nawet jeśli nie dochodzi do bezpośredniego ataku, uczestnicząc w tym mechanizmie, można – chcąc czy nie chcąc – uderzać w drugiego człowieka i go niszczyć.
Podobnie jak tamten tłum wokół Jezusa. Intencjonalnie Go kochał, nie chciał Go zabić ani zniszczyć, a jednak siłą rzeczy mógł Mu zrobić krzywdę. Podobnie bywa dzisiaj. Mówi się, że media pokazują nam, jak mamy myśleć. Czasem rzeczywiście sugerują sposób myślenia, ale bliższe jest mi stwierdzenie, że media pokazują nam, o czym mamy myśleć. Gdy wszystkie media w tym samym czasie zajmują się jednym tematem, po tygodniu czy dwóch temat znika, zastąpiony kolejnym. Jednak w momencie medialnej nagonki tłum komentujących i żyjących tym tematem może nieintencjonalnie wyrządzić komuś ogromną krzywdę.
Niech dzisiejsza Ewangelia, pokazująca mechanizm i mentalność tłumu, stanie się okazją do zastanowienia się nad własną postawą. Szczególnie w sytuacjach medialnych lub środowiskowych, gdy pojawia się lincz. Warto się zatrzymać, zdobyć na autorefleksję, spróbować wyrobić sobie własne zdanie i poszukać szerszych informacji. Po to, aby nie być jedynie tym, który idzie za masą i przez to – często nieświadomie – wyrządza krzywdę.