Dziś w Ewangelii spotykamy Jezusa, który uzdrawia trędowatego. Jak wyglądała ta historia? Jezus, zdjęty litością, dotknął go i rzekł: „Chcę, bądź oczyszczony”. Następnie surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc: „Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź, pokaż się kapłanowi, złóż ofiarę za swoje oczyszczenie, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich”.
Taki dzisiaj mamy tekst biblijny. Zatrzymajmy się przy tych słowach: „pokaż się kapłanowi”. Trzeba je rozumieć w kontekście I wieku. W Starym Testamencie kapłan, oprócz obowiązków kultycznych, niejako odpowiadał też za wspólnotę. Gdy byli trędowaci i doznawali oczyszczenia czy uzdrowienia — a za trędowatych uznawano różne osoby, czasem chore na choroby skóry — byli oni wcześniej wypędzani poza wspólnotę.
Jeśli oznaki choroby ustąpiły, człowiek musiał najpierw podejść do kapłana, zazwyczaj na obrzeżach miejscowości czy wioski. Kapłan oglądał jego ciało i, jeśli stwierdził, że jest czyste, pozwalał mu wrócić do społeczności.
Tak też miał zrobić ten uzdrowiony człowiek. Co jednak robi? Idzie i rozpowiada wszystkim, co się wydarzyło. Wewnętrznie pewnie był przeszczęśliwy, że odzyskał zdrowie. Przez to jednak zrobiły się takie tłumy, że Pan Jezus nie był już w stanie wejść do miasta i musiał przebywać w miejscach bezludnych.
Na tym chciałbym się dziś zatrzymać i podjąć refleksję nad reakcją tego człowieka. Został uzdrowiony fizycznie — co do tego nie ma wątpliwości. Pozostaje jednak pytanie, czy został uzdrowiony wewnętrznie, czy coś się w nim zmieniło. Mamy człowieka chorego i człowieka zdrowego pod względem fizycznym, ale jest jeszcze człowiek stary i człowiek nowy.
Czy rzeczywiście dokonała się w nim jakaś przemiana? Czy nadal pozostał tym, kim był wcześniej? Czy to uzdrowienie wpłynęło na niego wewnętrznie?
Tutaj dochodzimy do klucza zrozumienia, dlaczego Panu Jezusowi tak bardzo zależało na uzdrowieniach, które dotykają człowieka głębiej. W przeciwnym razie mógłby być postrzegany jedynie jako cudotwórca: idzie, uzdrawia, wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi, ale życie tych ludzi i całej społeczności wcale się nie zmienia.
Przejdźmy do konkretów naszego życia. Jakże często ktoś modlił się o zdrowie, doznał uzdrowienia albo po prostu wyzdrowiał, czasem dzięki lekarzom, i wrócił do dobrego stanu. Pojawia się pytanie, czy jego życie się zmieniło.
Albo inna sytuacja: ktoś pije, modli się, żeby wyjść z nałogu, i mówi: „Nie piję już miesiąc”. Czy jest to okazja do refleksji i pójścia dalej tą drogą, do szukania wsparcia i umocnienia, czy raczej zatrzymanie się na poziomie emocji i sensacji, po czym wraca do dawnych schematów i wszystko się rozpada?
Podobnie bywa w innych sytuacjach. Ktoś był chory, lekarz wskazał przyczyny: otyłość, papierosy, niezdrowy tryb życia. Człowiek został wyleczony — co robi dalej? Czy zmienia swoje życie, czy wraca do tego, co było wcześniej?
Albo małżeństwo, które się rozpadało. Udało się jakoś dogadać, pojawiło się pojednanie. Co dalej? Czy pojawia się refleksja, jak teraz w tym małżeństwie funkcjonować, żeby nie wrócić do dawnych błędów, czy raczej myślenie: „Udało się, mogę żyć tak jak wcześniej”?
Zobaczmy, uzdrowienia — fizyczne, duchowe, wewnętrzne, wyjście z nałogów — to momenty, które powinny skłaniać do głębszej refleksji nad tym, co się wydarzyło. Skoro doświadczyłem takiego dobra, co to mówi o moim życiu?
Właśnie dlatego Pan Jezus dał temu człowiekowi czas. Mówi: idź, na razie się nikomu nie chwal, zachowaj milczenie, złóż ofiarę za swoje uzdrowienie.
Ten człowiek od razu poszedł w rozgłos. Nie zszedł głębiej w refleksji nad tym, że otrzymał nowe życie, lecz wrócił do poziomu emocji i sensacji.
Wcześniej, jako trędowaty, żył na obrzeżach i nie miał kontaktu z ludźmi. Teraz nie wiemy, jak potoczyło się jego życie: czy podjął pracę, czy założył rodzinę, czy nadal pozostał outsiderem. Tego Ewangelia już nie mówi.
W naszych życiowych sytuacjach — mniejszych i większych uzdrowieniach, radościach, sukcesach — pytanie zawsze brzmi: co zrobimy z tym dalej?
Czy od razu rozgłosimy to na poziomie emocji i sensacji i wrócimy do dawnego stylu życia? Czy znajdzie się moment refleksji, zatrzymania i modlitwy, by zapytać, co naprawdę wydarzyło się w moim życiu?
Zachęcam do takiego właśnie życia głębszego, do odnajdywania chwil refleksji, gdy wydarza się coś dobrego. Warto skorzystać z tej okazji, aby podnieść jakość swojego życia wewnętrznego i nie przechodzić zbyt szybko do codzienności i samego rozgłaszania radości. Zbyt często bowiem okazuje się później, że pozostaliśmy dokładnie tacy sami jak wcześniej.