Dzisiejsza Ewangelia mówi o tym, jak Jezus przychodzi do Nazaretu, tam gdzie się wychował, i zgodnie ze swoim zwyczajem wchodzi do synagogi. Powstaje i czyta. Ten fragment, który słyszymy w kościele, kończy się takimi słowami: zwinął zwój, oddał go słudze i usiadł, a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. Piękny, sielankowy obraz. Wszyscy skupili uwagę na Jezusie, wszyscy Go słuchają.
Dlatego dobrze jest zaglądać do Pisma Świętego, ponieważ jeśli doczytamy ten fragment do końca, okazuje się, że reakcja tłumu była zgoła inna. Za moment czytamy, że gdy Jezus zaczął przemawiać, powoli zaczął rodzić się bunt w tym tłumie, aż w końcu wywlekli Go za miasto i chcieli Go strącić. Całkiem inne zakończenie niż to, które mamy czytane w kościele. Tutaj zostawia się nas z obrazem tłumu zachwyconego, wpatrzonego w Niego, a za chwilę ten sam tłum, porwany gniewem, chce się Jezusa pozbyć.
Myślę, że ta scena jest bardzo dobrą analogią do tego, w jaki sposób my Jezusa postrzegamy. Ludzie na początku dali Mu duży kredyt zaufania. Znali Go: to jest nasz, jeden z nas. Słyszeli o cudach, które działy się w całej Galilei. Gdy Jezus do nich powrócił, naprawdę byli zasłuchani. Dali Mu właśnie ten kredyt zaufania. Oczekiwali w pewnym napięciu, co się wydarzy, co ten człowiek chce im powiedzieć, jak skomentuje ten fragment Starego Testamentu, który przed chwilą przeczytał.
Dopiero gdy Jezus zaczyna przemawiać i mówi o swoich wymaganiach, wtedy rodzi się bunt. Większość z nas jest wychowana w rodzinach katolickich. Znamy Jezusa. Możemy powiedzieć: to jest jeden z nas, od dziecka chodzę do kościoła, słucham, może ktoś był ministrantem, lektorem.
To dzisiejsze rozważanie właśnie w takim kontekście chcę podjąć, bo często na kolędzie są już domy pozamykane. To są ludzie, którzy byli gorliwymi ministrantami, lektorami, śpiewali w chórach, w zespołach parafialnych, czasami byli nawet animatorami. Byli mocno zaangażowani i pewnym momencie gdzieś to prysło. Dlaczego? Może to był właśnie ten moment, o którym słyszymy w dzisiejszej Ewangelii.
Dopóki Jezus był kimś znanym, kimś „od nas”, dobrze się z Nim żyło. Gdy jednak zaczął mówić, przemawiać, gdy w życiu danego człowieka nagle pojawiły się wymagania Jezusa – w jaki sposób mam teraz żyć, jak postępować, co złego w swoim życiu odrzucić, co uporządkować – wtedy pojawia się sprzeciw. „Nie, takiego Jezusa nie chcę!” Zaczyna się zamknięcie serca, odrzucenie.
Dzisiejsza Ewangelia, ale nie tylko ten fragment, który akurat usłyszymy w kościele, lecz cały opis reakcji tłumu, który wywlekł Jezusa na urwisko i chciał Go strącić, pokazuje nam, że nie wystarczy przyjmować Jezusa tylko jako tego „dobrego”, albo jako Dzieciątko, albo tworzyć sobie Jezusa dziecinnego bez wymagań. Trzeba także wsłuchać się w to, co On mówi.
Reszta zależy już od nas: czy przyjmiemy te wymagania i będziemy próbowali do nich dorastać, wprowadzać je w swoje życie, czy też Jezusa odrzucimy, mówiąc: „To nie moja bajka - moje życie Jezu zostaw w spokoju!”.