Dzisiejszy tekst Ewangelii bardzo dobrze pokazuje, że taka zwykła, pobieżna lektura Pisma Świętego może sprawić, że staje się ono dla nas niezrozumiałe. Dlatego trzeba czytać Pismo Święte w kontekście i dobrze jest zaglądać do komentarzy i tłumaczeń.
Weźmy dzisiejsze jedno zdanie z tego tekstu: „Widząc, jak trudzili się przy wiosłowaniu, bo wiatr wiał z przeciwnej strony, około czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze, i chciał ich minąć”.
Oczywiście mowa tutaj jest o Jezusie. Uczniowie wieczorem wsiedli do łodzi, przeprawiają się przez Jezioro Galilejskie i teraz zobaczmy: Pan Jezus dostrzegł, jak się trudzą, przyszedł do nich – tak czytamy w tekście – a później „chciał ich minąć”. Zupełnie dziwne. Skoro widzi ich trud, specjalnie do nich idzie, a później jakby zupełnie zmienił zdanie i po prostu ich mija. Do tego jeszcze wrócę na samym końcu.
Najpierw reakcja uczniów. Myśleli, że to zjawa, zaczęli krzyczeć, byli przerażeni. Przecież chwilę wcześniej doświadczyli cudu rozmnożenia chleba. Nie rozpoznali Jezusa. To rozmnożenie chleba i ryb odebrali jako jednorazowe wydarzenie, ale gdzieś w swojej głowie jeszcze nie ułożyli, że Chrystus ma tę moc, że jest Kimś więcej niż tylko człowiekiem.
To jest zaskakujące, bo to był szósty rozdział Ewangelii według świętego Marka, a w rozdziale ósmym mamy drugie rozmnożenie chleba i bardzo podobną sytuację. Znowu płyną łodzią, tym razem razem z Jezusem, i zaczynają dyskutować między sobą, że zabrali tylko jeden chleb i będą głodni, że nie mają co jeść. Doświadczyli po raz drugi rozmnożenia chleba, znowu patrzą na Jezusa, ale nie pojmują, że Ten Człowiek ma tę moc.
To jest, myślę, pierwszy wniosek: czasami w naszej wierze doświadczamy czegoś dobrego od Pana Boga, ale odbieramy to jako jakieś pojedyncze Jego dary, łaski, takie okazjonalne. Ciężko nam, podobnie jak uczniom, uznać, że skoro Jezus jest przy nas, to zawsze ma tę moc.
Teraz przejdźmy do tego omijania ich. Najpierw, kiedy to się działo: czwarta straż nocna, czyli mniej więcej między trzecią a szóstą nad ranem. Można powiedzieć: przed świtem, ale to jeszcze noc. Wypłynęli wieczorem, czyli tego wiosłowania mieli już sporo za sobą. Zmęczeni, znużeni, wiatr przeciwny – byli, można powiedzieć, na wykończeniu.
Zaznaczę tylko, bo sam się kiedyś dziwiłem, dlaczego płynęli w nocy. Kojarzymy ten fragment, gdy Piotr mówi: „Całą noc łowiliśmy i nic nie ułowiliśmy”. Rzeczywiście, jako rybacy bardzo często wypływali nocą. Łowili nocą, bo – jak czytałem w komentarzu – sieci były wtedy mniej widoczne dla ryb i łatwiej było je łowić. Samo płynięcie w nocy nie było dla nich niczym nadzwyczajnym. Problemem był ten przeciwny wiatr, który ich po prostu wykończył.
W tym trudzie, już u kresu swoich możliwości, dostrzegają jakąś zjawę. Komentarze podają, że to nie był wprost anioł ani duch w sensie biblijnym, tylko jakaś zjawa, coś, co ich przeraziło. Trzeba wejść w sposób myślenia ludzi pierwszego wieku. Dla nich morze było czymś przerażającym, obcym żywiołem. Dla nas kojarzy się raczej z plażą w Stegnie czy z Helem. Dla nich był to świat chaosu i groźnych sił. Stary Testament mówi przecież o potworach morskich.
Dlatego ta zjawa, którą widzą, jeszcze bardziej ich przeraża. Nie potrafią rozpoznać Jezusa, bo jeszcze nie kojarzą, że On może mieć władzę nad naturą, że może kroczyć po wodzie.
Wracamy więc do pytania z początku: czy Pan Jezus zmienił zdanie? Nie. W greckich komentarzach widać, że „chciał ich minąć” nie oznacza, że chciał ich ominąć i odejść, ale że chciał się im objawić, ukazać swoją obecność.
W Starym Testamencie Pan Bóg bardzo często objawiał się właśnie w ten sposób: przechodził, ukazywał się, dawał się rozpoznać. Jezus dostrzegł ich trud, wyszedł do nich i chciał się im objawić. Nie wejść od razu do łodzi i wszystko naprawić, ale najpierw pokazać swoją obecność.
Uczniowie nie mieli jeszcze tak głębokiej wiary, żeby Go rozpoznać. Dlatego wzięli Jezusa za zjawę. Dlatego też Jezus mówi: „Nie bójcie się. To Ja jestem”. Przedstawia się, uspokaja ich. Dopiero potem wchodzi do łodzi i wiatr się ucisza.
Przesłanie dla nas jest bardzo proste. W takich trudnych, krytycznych momentach życia, kiedy naprawdę nie wiemy, co robić, łatwo zapomnieć o Panu Bogu, który był przy nas wcześniej, który nas prowadził. Łatwo pomyśleć, że to były jednorazowe sytuacje, jednorazowa pomoc.
Chrystus będzie z nami w tych najtrudniejszych momentach. Nie przyjdzie nachalnie, nie wejdzie na siłę do łodzi naszego życia. Bardzo często będzie się przechadzał obok, ukazując nam swoją obecność.
Pytanie pozostaje jedno: czy Go rozpoznamy jako Tego, który przychodzi z pomocą, czy jako zjawę, kogoś, kto nas jeszcze bardziej przerazi.
Tego nam życzę: abyśmy w takich momentach potrafili rozeznać obecność Boga, Jezusa, który się przechadza, ukazując swoją obecność i przypominając o swojej obecności.