Sadyceusze chcieli zakpić z Jezusa i ośmieszyć Jego naukę, zwłaszcza tę dotyczącą zmartwychwstania. Jezus mógłby się żachnąć, powiedzieć, że skoro robią sobie z Niego — za przeproszeniem — jaja, to nie odpowie, albo mógłby się oburzyć. Jezus jednak puszcza mimochodem ten kpiący ton, próbę ośmieszenia Go, i wchodzi w dialog. Czasami trzeba tak zrobić: widząc niechęć czy nawet kpiny w oczach i w słowach drugiego człowieka, spróbować wejść w rozmowę, aby złapać jakiś wspólny kontakt. I Jezus to czyni.
Na czym polegała ta próba ośmieszenia? Saduceusze nie wierzyli w zmartwychwstanie, natomiast uznawali tzw. małżeństwo według prawa lewiratu — od słowa „levir”, czyli „brat męża”. W Księdze Powtórzonego Prawa był nakaz, że jeśli mężczyzna umiera, to jego brat ma poślubić wdowę. Podają więc wyolbrzymiony przykład: było siedmiu braci i każdy miał tę samą żonę. I teraz, idąc dalej tym tokiem myślenia, chcieli uzmysłowić słuchaczom, wystawiając Jezusa na próbę, że w niebie tych siedmiu mężczyzn powinno kłócić się o tę kobietę — czyją miałaby być żoną.
I Jezus odpowiada: „Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy zostaną uznani za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu ze zmarłych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić”.
Dalej Pan Jezus mówi, że „są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania”. Długo rozmyślałem nad tym fragmentem i mogę powiedzieć, że te dwa elementy doskonale ilustrują błędne założenie saduceuszów, ale też zapewne błędne wyobrażenie o niebie, jakie ma wielu z nas.
To życie w niebie będzie całkowicie inne. Jezus mówi: „umrzeć już nie mogą, są równi aniołom, są dziećmi Bożymi i uczestnikami zmartwychwstania”. Czyli to nowe życie jest diametralnie inne. W założeniu saduceuszów natomiast miało być jedynie kontynuacją życia ziemskiego.
My też w prefacji pogrzebowej słyszymy słowa: „życie ludzkie zmienia się, ale się nie kończy”. Czyli faktycznie jest to kontynuacja życia ludzkiego, ale następuje zmiana jego jakości, sposobu istnienia.
Jezus mówi: „ci, którzy uznani są za godnych udziału w świecie przyszłym i powstaniu zmartwychwstania”. Od tego fragmentu zacznijmy. Każdy wierzący katolik wie, że ma być sąd jednostkowy, w którym Pan Bóg ukaże nam prawdę o naszym życiu i ta prawda zadecyduje, czy mamy być zbawieni, czy potępieni: czy prowadziliśmy święte życie i jesteśmy zbawieni natychmiast, czy przyjdzie okres oczyszczenia zwany czyśćcem.
A później — sąd ostateczny, czyli zakończenie dziejów świata i wieczna chwała nieba.
To jest nauka Kościoła. Jednak w praktyce często wyobrażamy to sobie tak, jakby „ci, którzy są uznani za godnych udziału w świecie przyszłym i powstaniu zmartwychwstania” otrzymywali to jako jakiś nasz kolejny sukces, osiągnięcie, coś, co się nam należy.
To jest trudny temat i ciężko to zobrazować, ale często mówimy: „chcę dostać się do nieba”. W naszym życiu wiele rzeczy rozumiemy właśnie w kategoriach „dostania się”: na studia, do wymarzonej szkoły, kredytu na zakup mieszkania. Otrzymujemy indeks studencki, klucze do mieszkania — ale my sami się nie zmieniamy.
Jeśli w takiej logice myślimy o niebie, to jesteśmy blisko myślenia saduceuszów. Dla nich niebo, gdyby istniało, byłoby jedynie zmianą miejsca zamieszkania, podniesieniem komfortu, spokojem, luksusem, dobrym towarzystwem świętych, aniołów i Pana Boga.
To wyobrażenie jest całkowicie nieadekwatne do rzeczywistości, o której mówi Pan Jezus.
To życie ma być całkiem inne. Aby zostać uznanym za godnego udziału w świecie przyszłym i powstaniu zmartwychwstania, trzeba dojść do pewnego poziomu życia — sposobu myślenia, nawrócenia, doskonałości — zgodnego z tym, co jest w niebie. Oczywiście nikt tego nie osiągnie w stu procentach, dlatego to Chrystus nas zbawia i On swoją łaską uzupełnia nasze braki.
Można to zobaczyć w ludzkich porównaniach. Ktoś bierze ślub i następnego dnia jest mężem — ale jeśli nie wejdzie w tę rolę, nie będzie się tak zachowywał, to mimo że są małżeństwem, wciąż może zachowywać się niedojrzale. Podobnie z rodzicielstwem: można zostać ojcem czy matką, a żyć jak wcześniej, nie podejmując odpowiedzialności.
Zobaczmy więc: sam fakt zmiany — narodzin dziecka, wejścia w małżeństwo, zostania studentem — wymaga przemiany w nas, zmiany postępowania, ale też poszerzenia horyzontów i postrzegania siebie.
Niech to dzisiejsze rozważanie, trochę dłuższe, ale dotykające istotnego zagadnienia – naszego wyobrażenia o niebie – niech stanie się dla nas okazją do refleksji.
Jak wyobrażam sobie niebo? Czy czasem nie myślę po ludzku, że to tylko miejsce, które ma poprawić komfort mojego życia — pełnia wygód, spokój, miłość, radość?
A może myślę o niebie jako o stanie, do którego mam dojrzewać, zmieniając swoje postrzeganie rzeczywistości, pogłębiając wiarę i budując relację z Chrystusem? Bo to jest istota.
Słowo, które dziś jako pierwsze do mnie przemówiło, to: „ci, którzy zostaną uznani za godnych udziału w świecie przyszłym”.
Niedawno słyszałem rozmowę znajomych: „Na weekend jadę do przyjaciół”, „Jutro na kolację przychodzą dobrzy znajomi”.
I pomyślałem: nie każdy każdego zaprasza. Tu nie chodzi o rodzinne, obowiązkowe spotkania, ale o relacje, w których ktoś uznaje nas za godnych swojego czasu. Są znajomi „na odczepnego” — zawsze znajdą wymówkę. A są tacy, którzy chcą z nami być, spędzać czas, bo nas uznają za ważnych.
I tak można spojrzeć na niebo: zostaniemy uznani za godnych.
To Jezus powie: „Tak, to jest mój przyjaciel”.
Nie ma tu żadnej tabeli wyników, że od 50 punktów jest przyjęcie, mam 52 punkty — dostałem się!
Chodzi o naszą osobistą relację z Panem Bogiem.
A gdy przyjdzie moment ostateczny i Jezus spojrzy na nasze życie — czasem piękne, czasem pogubione — oby mógł powiedzieć:
„Przyjacielu, uznaję cię za godnego. Wejdź do chwały nieba”.