Z dzisiejszej Ewangelii rozważmy dwie sprawy: pierwsza – znajomość woli Boga, druga – opieszałość w jej realizacji.
Jezus mówi: „Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę”.
Wielu bezrefleksyjnie dostrzega tu furtkę: „Skoro tak, to lepiej nie znać woli Pana – kara będzie mniejsza! Hurra! Genialne! Nie ma więc co się starać poznawać Pismo Święte ani rozeznawać woli Bożej”.
Użyjmy obrazu z życia, by pokazać błędność takiego rozumowania. Jak często widzimy, gdy rodzic – mama, tata, a czasem dziadkowie – wciąga dziecko na pasy i przebiega na czerwonym świetle. „Przecież nic nie jedzie”, „zdążymy”, „ksiądz jest przewrażliwiony” – słyszę nieraz.
Być może. Ale nauczyć dziecko złych nawyków jest bardzo łatwo. Gdy potem samo znajdzie się w podobnej sytuacji, niekoniecznie potrafi ocenić, czy naprawdę zdąży przebiec przed autem.
Najistotniejsza jednak dla naszego rozważania jest kwestia winy i odpowiedzialności. Dorosły, mając pełną świadomość zagrożenia, ryzykuje życiem dziecka – i to jest karygodne. Dziecko natomiast nie ma świadomości, jakie niebezpieczeństwo wiąże się z takim zachowaniem.
Czy więc lepiej być na poziomie dziecka, które nie wie, co się dzieje?
Jeśli tym nieodpowiedzialnym dorosłym jest ciocia bez prawa jazdy i z brakiem wyobraźni przestrzennej, pewnie wbiegnie przed auto. Jeśli natomiast tata – kierowca ciężarówki – lub mama, motornicza tramwaju, nie zrobią tego, bo mają większą świadomość, jak wygląda droga hamowania pojazdu.
Czy zatem nie mamy się rozwijać? Mamy się rozwijać, jednak pamiętając, że im większa świadomość, tym większa odpowiedzialność – ale i mądrzejsze decyzje.
Widzimy więc pierwszą rzecz: trzeba rozeznawać, jak postępować, bo tylko wtedy możemy podejmować decyzje dojrzałe i właściwe zarówno w życiu codziennym, jak i w wierze.
Druga sprawa – opieszałość w realizacji woli Boga.
Jezus opowiada o słudze, który mówi sobie: „Mój pan ociąga się z powrotem” – i zaczyna pić, bić współsługi, robić wszystko, oprócz tego, co do niego należy. Ten fragment Ewangelii szczególnie mnie uderza.
Przypomina mi się wcześniejszy, dziewiętnasty werset z tego samego rozdziału: „Masz wielkie zasoby dóbr na długie lata złożone, odpoczywaj, jedz, pij i używaj”. Tamten człowiek był przekonany, że śmierć kiedyś przyjdzie – ale nie teraz, więc może spokojnie korzystać z życia.
Sługa z dzisiejszej przypowieści natomiast wie, że pan wróci, lecz ta świadomość jakby uleciała. Żyje tylko chwilą, dniem dzisiejszym, zabawą i wygodą.
W obydwu przypadkach myślą sobie tak samo: „Mam czas”.
Mam czas, żeby wrócić do obowiązków. Mam czas, żeby się poprawić. Mam czas, żeby się nawrócić.
Jak często słychać to także wśród katolików: „Jeszcze mam czas. Przyjdzie czas, że na starość będę chodzić do kościoła. Przyjdzie czas, że się nawrócę, że zacznę się modlić. Może po studiach, po szkoleniach, po pracy, jak przejdę na emeryturę – wtedy będzie więcej czasu”.
Tylko czy na pewno masz jeszcze czas?
Czy nie lepiej tu i teraz żyć pełnią życia, w świadomości i odpowiedzialności? Rozeznawać wolę Boga – i wprowadzać ją w czyn?