Ewangelista zapisał, że Jezus „rozradował się w Duchu Świętym”. Zastanawiałem się, czy chodzi tu o rodzaj ekstazy, uniesienia – coś w stylu modlitw charyzmatycznych, pełnych emocji i entuzjazmu.
Tymczasem komentarze biblijne wskazują, że było to raczej głębokie, radosne uniesienie, wywołane powrotem uczniów. Siedemdziesięciu dwóch wraca do Jezusa z radością, a ta radość udziela się także Jemu. Nie chodzi tylko o ich entuzjazm czy podekscytowanie, że misja się powiodła. Jezus patrzył dalej – w tym pierwszym sukcesie widział przyszłość Kościoła. Widział przyszłych ewangelizatorów i misjonarzy, którzy będą wracać z posługi napełnieni radością. Był to pierwszy namacalny owoc Królestwa Bożego, zapowiedź dalszego wzrostu.
Zatrzymajmy się chwilę przy tej scenie. To jedyne miejsce w Piśmie Świętym, gdzie odnotowano tak spontaniczną radość Jezusa.
A kiedy Ty ostatni raz tak się uradowałeś? Nie mam na myśli grzecznościowego uśmiechu wobec znajomych ani ikonki wysłanej w komunikatorze. Chodzi o radość, która rodzi się w sercu i wyraża spontanicznie.
Wbrew pozorom to nie takie proste. Wielu z nas już dawno nie uśmiechało się prosto z serca. Życie potrafi dać w kość i przytłoczyć. Hiobowe wieści spadają niespodziewanie, wrogie nastawienie wokół również nie ułatwia. Do tego troski, zabieganie, kłopoty – i zostaje nam tylko przyklejony grzecznościowy uśmiech, podczas gdy zanika wewnętrzna, spontaniczna radość.
Jak ważne jest, by mieć wokół siebie choć kilka osób, przy których można być sobą – ucieszyć się, rozluźnić, zapomnieć o ciężarze. Są też sytuacje, gdy czujemy, że trzeba zachować sztywność, bo każdy błąd zostanie od razu wykorzystany.
Jeśli dostrzegasz, że coraz trudniej o autentyczną radość, że brakuje spontanicznego uśmiechu – powierz to Jezusowi. Pomódl się do Tego, który zna Twoje serce. Proś Go o ludzi i sytuacje, przy których będziesz mógł doświadczyć prostoty zwykłej radości, nawet w trudnościach. Troski nie znikną, ale On może dać coś więcej – radość najgłębszą, radość w Duchu Świętym.