Jezus mówi: „Żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie”.
Te słowa, ilekroć je słyszę, poruszają mnie w sposób szczególny. Każdy z nas ma swojego Anioła Stróża – i mali, i więksi. Każde dziecko, gdy stawia pierwsze, nieporadne kroki, ma obok siebie anioła, który mu kibicuje. Nam starszym towarzyszy już prawdziwie zasłużony Anioł Stróż. Oj, niektórzy z nich muszą być po dużych przejściach – tyle lat upilnować niejednego z nas.
Teologia powie, że aniołowie się nie starzeją. Być może. Ale towarzysząc nam w sukcesach i upadkach, jakby dojrzewają – coraz lepiej rozumieją ludzki los. Przyjmijmy to za pewnik: każdy ma swojego osobistego ochroniarza od Boga – Anioła Stróża.
Dziś jednak chciałem napisać o czymś innym. Jezus mówi też: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”.
Od roku uczę w szkole podstawowej, także w młodszych klasach i w przedszkolu. Cokolwiek się stanie – jedno dziecko popchnie drugie, ktoś coś popsuje – nagle zapada cisza, a wszystkie oczy skierowane są na nauczyciela. On ma coś zrobić, zareagować. Młodsze dzieci podejdą, bo trzeba zawiązać bucik, zapiąć kurtkę. Ktoś się rozpłacze – i od razu biegnie do pani. Dla dziecka to oczywiste: dorosły pomoże.
W tym sensie „stanie się jak dziecko” bardzo by nam pomogło. Bo my często myślimy: „Poradzę sobie sam. Dam radę. Łaski nie potrzebuję”. A efekt? Często mizerny. Znów się nie udało, znów zawiodłem. Wciąż od nowa i od nowa...
A może spróbować jak dziecko – podejść z ufnością do Jezusa i powiedzieć: „Pomóż”?
A On pomoże – bo nie może postąpić inaczej.