Kilka dni temu pisałem, że kościoły coraz bardziej pustoszeją. Wspominałem o ludziach, którzy kiedyś przychodzili na Mszę Świętą nawet ochoczo, a dziś nie mają najmniejszego zamiaru zajrzeć do świątyni. Smutna rzeczywistość sekularyzującego się społeczeństwa polskiego.
Tymczasem dzisiaj – niejako w kontraście wobec tych, którzy stracili zainteresowanie sprawami wiary – spotykamy człowieka żywo zaciekawionego osobą Jezusa. Oczywiście tetrarcha Herod nie był człowiekiem wierzącym w Boga, jednak „gdy usłyszał o wszystkich cudach zdziałanych przez Jezusa, był zaniepokojony”. Tak bardzo zaintrygowała go postać Jezusa, że „chciał Go zobaczyć”. Pytał doradców: „Któż więc jest Ten, o którym takie rzeczy słyszę?”.
To zaintrygowanie, ciekawość osobą Jezusa, bywa często pierwszym krokiem ku wierze – ku jej poznaniu, a także ku jej pogłębieniu. Najgorzej, gdy katolik osiądzie na laurach: już wszystko wiem. Nic go nie intryguje, nie szuka, nie stawia pytań, nie dopuszcza wątpliwości.
„Jak to? Co ksiądz pisze?! Powątpiewa? Tak nie wolno!”
Wolno, a nawet trzeba. Wątpliwości i pytania są naturalną drogą dojrzewania wiary. Jeśli już nie pytasz, nie szukasz – może twoja wiara leży odłogiem. Może zatrzymała się w miejscu dziesięć, dwadzieścia lat temu, a może została tylko ta dziecięca, komunijna.
Jeśli idziesz drogą wiary, chodzisz do kościoła – spytaj siebie: czy się rozwijasz? Czytasz, pytasz, modlisz się, medytujesz, pogłębiasz więź z Bogiem?
Jeśli jesteś daleko, jeśli droga do kościoła ci zarosła – spytaj siebie: czy jeszcze coś cię intryguje, czy masz w sobie jakiś niepokój, wrodzoną ciekawość? Nie daj Boże, abyś zasklepił się i zabetonował już na stałe.