Wczoraj w liturgii wspominaliśmy Maryję – Matkę Bolesną. Dziś słyszymy o Jezusie, który spotyka kondukt pogrzebowy. Widzi płaczących ludzi, a wśród nich matkę opłakującą swojego jedynego syna.
To zestawienie z wczorajszym świętem otworzyło mi oczy, by zupełnie inaczej spojrzeć na ten fragment. Dotąd myślałem pragmatycznie: samotna wdowa zostaje bez środków do życia, a Jezus wskrzesza jej syna, aby ktoś się nią zajął.
Dzisiaj, czytając ten tekst, odkrywam go na nowo – w całym tragizmie sytuacji. Jezus, także jedyny Syn swojej Matki, w tej kobiecie musiał zobaczyć ból Maryi, która niedługo będzie uczestniczyć w pogrzebie własnego Syna.
Jezus zmierzał ku Jerozolimie, gdzie miał oddać swoje życie. W obrazie matki z Nain mógł dostrzec zapowiedź swojego pogrzebu i Maryję, która będzie Go opłakiwać. Wiedział jednak, że Jego Matka nie będzie lamentować, bo Jej siłą było całkowite zaufanie Bogu.
Maryja – Matka Bolesna – gdy zapowiadany przez Symeona miecz boleści przeszył Jej serce, trwała w wierze i zjednoczeniu z Bogiem, pełna łaski.
W scenie z Nain widzimy natomiast zwyczajną kobietę, matkę z krwi i kości, pogrążoną w rozpaczy. Jej lament to krzyk bezradności. Każdy, kto był na pogrzebie dziecka, wie, że takich uczuć nie da się opisać. Inni powtarzają wtedy słowa pełne niezrozumienia: „To nie tak powinno być. To dzieci powinny chować rodziców”.
Jezus widział ten ból i bezradność. Wiedział, że ta kobieta mogłaby nie udźwignąć tej tragedii. Nie chodziło już tylko o kwestie materialne – mogła po prostu nie poradzić sobie psychicznie. Dlatego, pełen współczucia, wskrzesił jej syna.
Tu objawia się Jezus – do głębi współczujący. Tak samo patrzy na ciebie. Rozumie, współczuje i kocha. Wie, ile możesz unieść. Zna też moment, w którym jesteś już na skraju sił.
Dlatego pamiętaj – przyjdź wtedy do Niego w modlitwie. Choćby w krzyku rozpaczy, w błaganiu – ale przyjdź. On zawsze na ciebie czeka.