Podziwiam wiarę trędowatych, których dziś Chrystus spotkał i uzdrowił. Mówi im: idźcie i pokażcie się kapłanom. Mieli odejść i zgodnie z ówczesnym zwyczajem udać się do kapłanów, aby ci oficjalnie uznali ich za zdrowych. Było to o tyle istotne, że dopiero wtedy mogli dołączyć na nowo do społeczności.
Zaskakująca jest jednak dalsza część tekstu – gdy szli, zostali uzdrowieni. Zatem, gdy odchodzili od Jezusa, jeszcze mieli oznaki choroby. Odchodząc, musieli uwierzyć, że po drodze zostaną całkowicie uzdrowieni. Być może część z nich wątpiła, przecież zewnętrznie na razie nic się nie zmieniło. Może pomogło im wzajemne podtrzymywanie się na duchu, byli przecież w grupie.
Pomijając już takie szczegółowe rozważania, musiało być rzeczą niezmiernie trudną nie widzieć oznak uzdrowienia, a jednak uwierzyć, że ono następuje. Gdy szli, zostali uzdrowieni.
Ile osób prosi dziś Boga o uzdrowienie duchowe czy relacji rodzinnych. Można modlić się o uzdrowienie relacji, o wyjście z nałogu i jednocześnie nadal trwać głęboko w uzależnieniu, w błędnym kole toksycznych relacji. Można jednak uwierzyć, że uzdrowienie następuje i odejść, otwierając się na nie. Uzdrowienie, które daje Jezus, nie jest automatycznym pstryczkiem – „pstryk” i zrobione. Uzdrowienie serca to proces stopniowy.