Znalazłem niedawno artykuł o spowiedzi. Puenta była taka, że wiele osób nie może się nadziwić lub wprost jest agresywna, gdy usłyszy, że nie otrzyma rozgrzeszenia. Zacznijmy jednak od początku. Brak rozgrzeszenia nie wynika tu ze złośliwości księdza, po prostu podczas całej spowiedzi nie wymieniają oni ani jednego grzechu. Są osoby, które potrafią przyjść do konfesjonału i chwalić się swoją bezgrzesznością. W takim przypadku, gdy ktoś mówi, że nie ma grzechu, nie może uzyskać rozgrzeszenia – nie ma z czego go rozgrzeszyć.
Jest kolosalna różnica pomiędzy spowiedzią osoby, która wie, że jest grzeszna i chce się nawrócić, a samozadowolonym katolikiem.
Ktoś może być autentycznie przekonany, że nie ma grzechów. Tym jednak różni się od świętych, że mieli oni poczucie grzeszności wobec Boga. Nie chodzi o to, aby przekreślać takie osoby.
Człowiek, który autentycznie idzie drogą wzrostu wiary, nigdy nie poprzestanie na etapie ogłoszenia samego siebie świętym i bezgrzesznym. Chrześcijanin, autentycznie wzrastając w wierze, wciąż widzi nowe płaszczyzny pracy, wciąż dostrzega nowe pola działania, wzrostu – całkowicie obce jest mu beztroskie samozadowolenie wynikające z zaślepiającej pychy serca.