Czy nosisz w sobie Słowo? Oczywiście pisane wielką literą, czyli Jezusa Chrystusa. Czy nosisz w swoim sercu to Słowo, żeby później rodzić Je dla świata, dla innych ludzi?
Jest taki piękny obraz biblijny. Oto kobieta z tłumu woła do Jezusa: „Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś”. Jezus tego nie podważa. Odpowiada: „Tak, błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają słowa Bożego i go przestrzegają”.
Ukazuje, że błogosławieństwo, które otrzymała Maryja, polegało nie tylko na fizycznym macierzyństwie, ale również na tym, że uwierzyła w Słowo Boże i przyjęła Jezusa jako Syna Bożego.
Rok temu, analizując ten tekst biblijny, skupiłem się bardziej na obrazie Maryi karmiącej, Maria lactans. Tutaj pokazuję tym, którzy oglądają mnie na YouTube, mój klaser ze znaczkami. Kiedyś chłopacy namiętnie zbierali znaczki. Zresztą nie tylko chłopacy, młodzież w ogóle zbierała znaczki. Między innymi miałem właśnie takie z Maryją karmiącą.
Dzisiaj ten obraz jest raczej mało używany. Rok temu tłumaczyłem, dlaczego.
Wróćmy jednak do Maryi karmiącej i Maryi, która wcześniej nosiła Jezusa pod swoim sercem. Myślę, że właśnie w tym kierunku możemy pójść.
Z reguły, kiedy słyszałem słowa Jezusa: „Błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają słowa Bożego i go przestrzegają”, myślałem sobie: słuchać i przestrzegać. Bardzo prosto.
A przecież jest jeszcze jeden niezwykle ważny etap: noszenie Słowa w swoim sercu.
Zobaczmy. Maryja, gdy poczęła Jezusa, przez dziewięć miesięcy nosiła Go w swoim łonie, żeby później urodzić Go w Betlejem i przedstawić światu. Zarazem przez wiarę nosiła Go w swoim sercu.
Ze słuchaniem słowa Bożego jest analogicznie. My najpierw mamy je nosić w swoim sercu, aby coś z tego noszenia się narodziło.
Nie wystarczy usłyszeć jakieś polecenie i je wykonać, bo to byłoby za proste. Słyszymy polecenie, wykonujemy. Słyszymy polecenie, wykonujemy.
Ze słowem Bożym jest inaczej.
Mamy je w sobie nosić, słuchać go, pozwalać, żeby przez te symboliczne dziewięć miesięcy, czy po prostu przez pewien czas, pracowało w naszym sercu. Aż w końcu wyjdzie na zewnątrz poprzez konkretny czyn, poprzez konkretne działanie.
Do tej myśli zainspirował mnie św. Beda Czcigodny, jeden z Ojców Kościoła. Pisze on:
„Zbawiciel słusznie przyznał rację świadectwu kobiety, oznajmiając, że błogosławiona jest nie tylko Ta, która została uznana za godną, by wydać na świat Słowo Boże w swoim ciele, lecz także ci, którzy przez słuchanie z wiarą pragną duchowo począć to samo Słowo.
Następnie przez gorliwe spełnianie dobrych uczynków starają się wydawać je na świat i pielęgnować zarówno we własnych sercach, jak i w sercach bliźnich”.1
Właśnie to mnie zainspirowało. Jak Maryja nosiła Słowo, czyli Chrystusa, pod swoim sercem i w swoim sercu, tak my nosimy to Słowo w swoich sercach, żeby później wydać je na świat.
Zobaczmy, to jest główna myśl dzisiejszego rozważania. Nie tylko słyszę słowo i wypełniam, słyszę i wypełniam, ale słyszę, noszę w sobie, ono w moim sercu pracuje i później wydaje dobre owoce.
Gdy jeszcze przed seminarium angażowałem się w Odnowę w Duchu Świętym, przeczytałem w jednej z książek pewną myśl. Nie pamiętam już, w której, ale chodziło o to, że słowo Boże, które do nas trafia, może na dzień dzisiejszy niewiele nam mówić. Może nieraz czytamy je tak żmudnie, ale ono zostaje w naszej pamięci.
Później, w sytuacjach trudnych, kryzysowych czy nawet w zwykłych wydarzeniach dnia codziennego, zobaczmy, co nam pierwsze przychodzi na myśl.
Coś się dzieje i albo przychodzi nam na myśl jakieś przekleństwo, albo strach, lęk, albo jakaś wróżba, bo ktoś wcześniej naczytał się horoskopów. „A, to się teraz spełnia!”. Albo przypomina nam się jakieś słowo przekleństwa, które kiedyś ktoś do nas powiedział, i myślimy, że teraz właśnie się wypełnia.
Może też przyjść na myśl jakieś dobre słowo, które ktoś nam kiedyś powiedział.
Ale może przyjść również konkretny cytat biblijny. Jakaś myśl biblijna, dosłownie zapamiętane zdanie albo obraz: „A, przecież ten człowiek w Biblii miał podobną sytuację! Tak i tak się zachował!”.
Zobaczmy, o to właśnie chodzi w noszeniu słowa Bożego w swoim sercu, w codziennym słuchaniu go.
Nieraz ta nasza codzienna medytacja, rozważanie czy po prostu czytanie, zależy, w jaki sposób ktoś podchodzi do słowa Bożego, wydaje nam się czymś, co niewiele daje.
„No, dzisiaj nie czuję tego tekstu”.
Ale on zostaje w naszym sercu.
Te symboliczne dziewięć miesięcy. Czasami dłużej. Czasami dopiero po latach jakieś słowo do nas powróci i mocno nas uderzy.
Nagle, w danym momencie, w konkretnej sytuacji życiowej, zrozumiemy: „Tak! To słowo właśnie teraz do mnie przemówiło! Teraz inaczej widzę tę rzeczywistość!”.
To jest właśnie ten moment rodzenia Słowa, wydawania Go na świat, a później oczywiście pielęgnowania.
Tak jak Maryja karmiła piersią Chrystusa, żeby wzrastał, później Go wychowywała, dbała o Niego, troszczyła się o zwykły pokarm, kiedy był już dorastającym chłopakiem, żeby wzrastał i wyrósł na silnego mężczyznę.
Tak samo my później, poprzez dobre czyny, pielęgnujemy to Słowo, które nosiliśmy w swoim sercu, które wydaliśmy na świat, żeby dalej owocowało.
Niech dzisiejsza Ewangelia będzie dla nas zachętą, żebyśmy nie zniechęcali się w medytacji, czytaniu, rozważaniu, słuchaniu i poznawaniu słowa Bożego.
Bo ono w nas będzie wzrastać i w odpowiednim momencie przyniesie owoc.
1 Św. Beda Czcigodny, In Lucae Evangelium Expositio, IV, 11, komentarz do Łk 11,27–28. Oryginalny tekst łaciński. Cytat w swobodnym tłumaczeniu z łaciny. ↩