Kolejny atak, kolejne bzdury

Wszystko wskazuje na to, że ostatni brutalny atak i ścięcie na londyńskiej ulicy brytyjskiego żołnierza nie był odosobnionym aktem psychopaty a religia nie jest tu tylko przypadkowym elementem. Do podobnego zamachu doszło dziś na ulicy innej metropolii, Paryża, i w tym przypadku zaatakowany został żołnierz patrolujący biznesową dzielnicę stolicy Francji. Sprawca, który wbił nóż w szyję żołnierza, uciekł z miejsca zdarzenia i jest poszukiwany przez policję a z informacji prasowych wiemy tylko tyle, że z grubsza przypominał on muzułmanina.

 

25 letni żołnierz z pułku strzelców alpejskich brał udział w patrolu w ramach akcji Vigipirate – zabezpieczania stolicy przed ewentualnym atakiem terrorystycznym. 3 -osobowe oddziały uzbrojonych w broń automatyczną wojskowych patrolują newralgiczne miejsca, takie jak lotniska, dworce, wielkie domy handlowe i popularne obiekty turystyczne.

Dziennik „Le Parisien” powołując się na źródła policyjne na swojej stronie internetowej podał więcej szczegółów dotyczących brutalnego ataku. Okazuje się, że policja poszukuje brodatego mężczyzny w wieku ok. 30 lat. W rysopisie napastnika uwagę zwracają jednak rubryki pochodzenie i strój. Z policyjnych ustaleń wynika, że mężczyzna był „pochodzenia północnoafrykańskiego”, a pod kurtką miał „strój w stylu arabskim”.

W tej krótkiej notatce, rzuca się w oczy przede wszystkim skrupulatność, z jaką została zredagowana. Jej autor z niezwykłą starannością dobrał słowa, tak by nie padło oczywiste dla każdego „sprawca jest muzułmaninem”. To, że nosi brodę i ubranie w stylu arabskim najwidoczniej o niczym nie świadczy, a już ustalenia policyjne, wskazujące na północnoafrykańskie pochodzenie porażają precyzją.

Ten enigmatyczny przekaz medialny jest zapewne powodem dezorientacji francuskiego prezydenta, Francois Hollande, który w pierwszej reakcji na zamach odrzucił możliwość łączenia tej napaści z morderstwem popełnionym na brytyjskim żołnierzu w dzielnicy Woolwich w Londynie. Zaapelował do wszystkich żołnierzy uczestniczących w Vigipirate i obywateli o zachowanie czujności.

Przed kim mają zachować czujność obywatele a zwłaszcza żołnierze? Przed brodaczami? A może przed murzynami z północnej Afryki, Berberami, Masajami, czy na przykład Koptami, którzy dość często pojawiają się w prasie w kontekście zamieszek i przemocy? Być może należy skierować do jednostek wojskowych wykwalifikowane modystki, które przekażą armii informacje na temat arabskiego stylu ubrań. Być może te pytania prowokują swym ironicznym wydźwiękiem, ale nie sposób zachować spokoju, obserwując tragikomiczne uniki świata mediów i polityki, w zdiagnozowaniu rzeczywistości. Nikt nigdy nie rozwiązał żadnego poważnego problemu, opierając się na kłamstwie i fałszywych danych. Jeśli politykom wydaje się, że zaklinanie rzeczywistości jest najlepszym sposobem na zachowanie spokoju społecznego, to albo są idiotami, albo, (co bardziej prawdopodobne) za idiotów mają obywateli swych państw.

 

W chwili, gdy prezydent Barack Obama zamierza ogłosić koniec wojny z terrorem, w krótkim czasie dochodzi do aż trzech poważnych zamachów terrorystycznych, których jedynym celem jest zastraszenie społeczeństw, czyli terror w najczystszej postaci, terror, jako broń wojny asymetrycznej. Najpierw Boston i modlitwy pismaków, by sprawcy nie okazali się… „wiadomo kim”, później Londyn i prymitywne zabiegi z wycięciem kluczowego fragmentu „orędzia” jednego ze sprawców, w którym tłumaczył on Brytyjczykom, dlaczego powinni się bać. Mówił on wprost, że tak zostało napisane w Koranie a wierny wyznawca proroka, musi postępować zgodnie z nakazami swej księgi. Teraz mamy kolejny zamach i kolejne poziomu absurdu, na które wspinają się Ci, których profesja w szczególny sposób obliguje do przekazywania prawdy o otaczającym świecie. Aż się boję pomyśleć, co będzie dalej, do czego posuną się Ci, którzy za punkt honoru uznali obronę zasad poprawności politycznej i trupa ideologii multi-kulti, za nic mając tych, do ochrony których zostali powołani – obywateli swych państw.

 

Prawdziwa alternatywa dla zapłodnienia in vitro

Pewna kobieta z południowej Kalifornii urodziła ośmioraczki. Dzieci te zostały poczęte za pomocą techniki laboratoryjnej, powszechnie znanej jako zapłodnienie in vitro. Nasienie nieznanego dawcy zmieszano z komórkami jajowymi owej kobiety w szalce Petriego, wskutek czego doszło do połączenia plemników z komórkami jajowymi, a w konsekwencji – do zapoczątkowania rozwoju nowych istot ludzkich. Kilka miesięcy później nastąpił przedwczesny poród. Media donoszą, iż dzieci „czują się dobrze”, nie przedstawiając jednak rzeczywistych faktów, związanych z ryzykiem, przed jakim stoją owe noworodki – poczęte w warunkach sztucznego zapłodnienia i przedwcześnie urodzone.

Na kwestię zapłodnienia in vitro należy spojrzeć nie tylko z punktu widzenia rodziców, ale też poczętych w jego efekcie dzieci. Większość ludzi współczuje kobiecie niebędącej w stanie zajść w ciążę i ją przede wszystkim otacza troską. Gdy szuka ona porady lekarskiej, bardzo często jako jedyną dostępną opcję, przedstawia się jej jednak zapłodnienie in vitro. W wyniku podjętych zabiegów medycznych kobieta taka ma przeciętnie 25-30-procentową szansę na pomyślne zapłodnienie. 35-40 procent zaistniałych w ten sposób ciąż stanowią ciąże mnogie, czyli takie, w wyniku których na świat przychodzą bliźniaki, trojaczki, czworaczki itd. Są one obarczone ogromnym ryzykiem, gdyż towarzyszy im wysoki współczynnik porodów przedwczesnych. Przy ciąży bliźniaczej ryzyko wynosi 50 procent, przy ciąży potrójnej około 80-90 procent, natomiast w przypadku czterech lub większej ilości płodów – aż 100 procent. W Stanach Zjednoczonych główną przyczynę upośledzeń umysłowych i motorycznych, a także dziecięcego porażenia mózgowego stanowi właśnie przedwczesny ­poród.

Niezwykle rzadko wspomina się publicznie, iż niewielu lekarzy i tylko niektóre centra medyczne zaczynają cały proces kwalifikowania pacjentki do zabiegu sztucznego zapłodnienia od postawienia konstruktywnej diagnozy, dotyczącej przyczyn jej niepłodności. Na przykład, na podstawie danych statystycznych pochodzących z klinik dokonujących zapłodnienia in vitro w Stanach Zjednoczonych stwierdzono, że w zaledwie 5,6 proc. przypadków zdiagnozowano u pacjentek endometriozę. Tymczasem z naszego doświadczenia wynika, iż endometrioza występuje u około 80 procent kobiet mających regularne cykle i cierpiących na bezpłodność. Ogromna rozbieżność pomiędzy powyższymi liczbami bierze się właśnie z lekceważenia diagnozy przez kliniki propagujące zapłodnienie in vitro.

W dodatku kobiety pragnące wyleczyć się z bezpłodności często cierpią także na nieujawnione, a istotne zaburzenia hormonalne, nieprawidłowości związane z owulacją, spowodowane rozmaitymi czynnikami zrosty w obrębie miednicy (tkanka bliznowata), nieprawidłowości funkcjonowania narządów docelowych takie, jak zaburzenia zdolności wytwarzania śluzu szyjkowego bądź czynności tkanki wyściełającej jamę macicy. Także w organizmie mężczyzny mogą zaistnieć nieprawidłowości – zbyt mała liczba plemników, ich ograniczona zdolność do prawidłowego poruszania się a także niewłaściwy kształt i forma.

Kiedy mówię ludziom, że istnieje alternatywa dla zapłodnienia in vitro, dzięki której ryzyko zaistnienia ciąży mnogiej spada z 35-40 procent do 3,2 procent, zaś jej skuteczność wynosi nie 25-30 procent, lecz 50-75 procent (a niekiedy nawet więcej), są zdumieni, iż taka metoda w ogóle istnieje i może być dla nich dostępna. Polega ona na zidentyfikowaniu czynników wywołujących niepłodność, postawieniu właściwej diagnozy, a następnie – skutecznym leczeniu. Kobieta zatem nie tylko zachodzi w ciążę i rodzi dziecko, ale też zostają właściwie wyleczone schorzenia, które powodowały jej niepłodność, a jej ogólna kondycja zdrowotna ulega znacznej poprawie.

Metoda ta nosi nazwę NaProTECHNOLOGY (Natural Procreative Technology – Metoda Naturalnej Prokreacji). Łączy ona zdrową, poddaną jednolitym standardom i obiektywną edukację w zakresie odpowiedzialnego rodzicielstwa z najnowocześniejszą technologią medyczną, w rodzaju diagnostyki ultrasonograficznej, badań hormonalnych czy zabiegów z użyciem lasera. NaProTECHNOLOGY opracowano w Instytucie Badań nad Ludzką Rozrodczością im. Pawła VI w Omaha, w stanie Nebraska. Została ona szczegółowo opisana w liczącym 1244 strony podręczniku medycznym zatytułowanym Medyczne i kliniczne aspekty NaProTECHNOLOGY. Metoda ta niedawno zawitała również do Polski.

NaProTECHNOLOGY jest metodą absolutnie niezwykłą. Stosuje się ją bowiem nie tylko w stosunku do kobiet mających problemy z zajściem w ciążę, ale także do tych, które doświadczyły wielokrotnych poronień. Skutecznie niweluje zagrożenie przedwczesnym porodem oraz depresję poporodową. Leczy również zespół napięcia przedmiesiączkowego oraz nawroty występowania cyst jajników. Przynosi też skuteczną terapię w przypadkach zaburzeń krwawienia wywoła­nych różnymi przyczynami, a co więcej, pozwala dokładnie rozpoznać początek ciąży. NaProTECHNOLOGY stanowi bez najmniejszych wątpliwości realną alternatywę dla zapłodnienia in vitro. Gorąco namawiam Polaków i Polki do zapoznania się z NaProTECHNOLOGY (wszelkie potrzebne informacje znajdą na stronie www.naprotechnology.com), a także Creighton Model FertilityCare™ System (www.creightonmodel.com). Poznanie tych metod uzmysłowi im ponad wszelką wątpliwość, że istnieje alternatywa dla zapłodnienia in vitro – metody szkodliwej nie tylko dla dzieci (zarówno w życiu płodowym, jak i po narodzinach), lecz dla poddających się owemu zabiegowi kobiet – oraz, że koniecznie należy wzbogacić edukację lekarzy i ich pacjentów o stosowne źródła, które pozwolą na stosowanie i doskonalenie zdrowych metod. In vitro jest w istocie technologią w wysokim stopniu aborcyjną, NaProTECHNOLOGY w najmniejszym stopniu aborcyjna nie jest. Przeciwnie – broni i wspiera życie.

Książka „Niepłodność – zagadnienie interdyscyplinarne”

„Niepłodność – zagadnienie interdyscyplinarne” jest to opracowanie uniwersalne, opisujące główne nurty etyki, psychologii i medycyny w odniesieniu do problemu niepłodności. Różnorodność tematów podejmowanych w ramach omawianej problematyki potwierdza interdyscyplinarność zagadnienia oraz ukazuje jak odmienne mogą być podejścia do diagnozowania i leczenia niepłodności.

 

Książkę otwiera artykuł Emilii Lichtenberg-Kokoszki „Biomedyczne aspekty płodności”, stanowiący swego rodzaju wstęp do dalszych rozważań naukowych. Kolejne dwa teksty autorstwa Wojciecha Guzikowskiego przybliżają czytelnikowi zagadnienia związane z niepłodnością żeńską i męską. Autorką następnego artykułu jest Maria Wojaczek, która przedstawia nowatorski system diagnostyki i terapii schorzeń uniemożliwiających poczęcie dziecka, jakim jest naprotechnologia.

 

Zespół Centrum Diagnostyki Ginekologiczno-Położniczej GMW i opolskiego ośrodka leczenia niepłodności GMW-Embrio – Natalia Cybulska, Marek Tomala, Wojciech Niemczyk, Grzegorz Głąb pokazują współczesną diagnostykę i leczenie niepłodności w ujęciu medycyny rozrodu. Ewa Janiuk przedstawia ogólnie nieznaną rolę położnej w diagnozowaniu, leczeniu i wspieraniu par borykających się z niepłodnością. Alicja Mendel przybliża psychologiczne aspekty diagnozy i leczenia niepłodności. Ksiądz Jerzy Dzierżanowski podjął trud ukazania jakże istotnej potrzeby wsparcia duchowego w sytuacji niepłodności małżeńskiej. Ksiądz Konrad Glombik rozważa pod względem etycznym dostępne metody leczenia niepłodności. Andrzej Ładyżyński omawia zjawisko adopcji jako jednej z możliwości rodzicielstwa. Joanna Piechnik-Borusowska omawia zagadnienie bezdzietności z wyboru. Publikację kończy artykuł Adama Zająca, który prezentuje zagadnienia prawne związane z niepłodnością.

Zdajemy sobie sprawę z tego, że wielu istotnych zagadnień nie udało się poruszyć.

 

Niemniej mamy nadzieję, że podjęte w niniejszej książce rozważania zachęcą personel medyczny, położne i lekarzy oraz samych rodziców i osoby ich wspierające do refleksji nad najbardziej fundamentalnym zjawiskiem biologicznym, jakim jest prokreacja.

Niepłodność w ujęciu bio-psycho-społecznym

Wydana w 2006 roku książka pt. Psychologiczne aspekty niepłodności spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem Czytelników, wśród których, jak wynika z informacji zwrotnych, znalazły się różne grupy odbiorców: pary borykające się z problemem niepłodności, specjaliści różnych profesji zajmujący się diagnozowaniem i terapią niepłodności, studenci psychologii, medycyny, pedagogiki, socjologii, pielęgniarstwa. Stąd Oficyna Wydawnicza „Impuls” po raz kolejny zdecydowała się na dodruk książki. Ponieważ ostatnie lata przyniosły nowe informacje dotyczące nurtującego mnie zagadnienia niepłodności, zdecydowałam się uzupełnić i zmienić to wydanie. Posłuchałam też intuicji, której nie wzięłam pod uwagę w 2006 roku, w chwili składania książki do druku. Zaowocowało to tym, że w obecnej edycji zamieściłam więcej wytworów osób, przede wszystkim moich pacjentów, z utrudnioną prokreacją, z którymi się zetknęłam nie tylko na różnych etapach ich choroby, lecz także w kolejnych okresach mojego rozwoju zawodowego. W obecnej wersji książki zamieściłam też kilka opisów przypadków, które, mam nadzieję, przybliżą Czytelnikowi zarówno typowe, jak i mniej częste problemy niepłodnych par.

 

Poszerzyłam też niektóre rozdziały, np. rozdział traktujący o wspomaganej prokreacji, o wcześniej nieznane mi aspekty, m.in. o dane na temat banku spermy noblistów, tzw. Skarbnicy Nasienia, i rozważania etyczne z tym związane, jak również o informacje dotyczące naprotechnologii. Dodałam również nowe rozdziały. To sprawiło, że pierwotna wersja książki, a także jej przesłanie uległy dużej metamorfozie.

 

Mam nadzieję, że dzięki wprowadzonym zmianom książka stanie się jeszcze bardziej czytelna i pomoże nie tylko w poznaniu, lecz także lepszym zrozumieniu przeżyć, z którymi zmagają się niepłodne pary na wszystkich etapach diagnozy i terapii.

 

Z całego serca dziękuję Wszystkim Osobom, które zgodziły się, by Ich osobistą historię zmagania się z niepłodnością opisać w książce, jest to także dar Tych Osób dla Czytelników.

 

Książkę tę dedykuję moim Bliskim i Przyjaciołom, a także współpracującym ze mną lekarzom, psychologom, położnym z Trójmiasta, moim dawnym i obecnym Studentom – tak wspaniale współpracującym ze mną – oraz moim Przyjaciołom z innych niż gdańskie środowisk uniwersyteckich, którzy wiele lat swego życia zawodowego poświęcili badaniom dotyczącym psychologicznych aspektów utrudnionej prokreacji, jak również praktycznej psychologicznej pomocy osobom niepłodnym, w szczególności: Pani Prof. Eleonorze Bielawskiej-Batorowicz z Uniwersytetu Łódzkiego, Pani dr Dorocie Kornas-Bieli z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Pani dr Magdalenie Podolskiej z Uniwersytetu Szczecińskiego, jak również moim obecnym i dawnym Magistrantom oraz Doktorantom.

 

Każdemu Czytelnikowi będę wdzięczna za wszelkie uwagi i sugestie, które będą pomocne przy opracowywaniu innych artykułów i książek z tego zakresu, jak również w bezpośredniej pomocy osobom z niepłodnością. Proszę je kierować na mój adres mailowy: psymbi@univ.gda.pl .

 

Sądzę, że możliwość bezpośredniego kontaktu stanie się płaszczyzną dialogu, który ma szansę okazać się owocny dla wszystkich.

 

Mariola Bidzan

Gdańsk, styczeń 2010

Wzrost napięcia w Azji

Na półwyspie Koreańskim napięcie sięgnęło zenitu i to pomimo wcześniejszych deklaracji, że Seul nie będzie szukał odwetu na Północy za zatopienie południowo-koreańskiego okrętu.

O napięciu najlepiej mogą świadczyć rozmowy jakie z przedstawicielami Chin, podjęła amerykańska sekretarz stanu, Hillary Clinton. Ich tematem jest próba niedopuszczenia do eskalacji, ale także powstrzymanie KRLD przed dalszą awanturniczą polityką. Jak twierdzi Clinton, Pekin w pełni rozumie powagę sytuacji i rozumie zdecydowaną postawę Korei Południowej.

Prezydent Korei Południowej, Lee Myung-bak ogłosił w poniedziałek, zawieszenie kontaktów handlowych z Północą oraz zamknięcie swych wód terytorialnych. W przemówieniu telewizyjnym, Lee powiedział, że jego kraj przyjmie postawę „aktywnego odstraszania”, zapowiadając drastyczne wzmocnienie zdolności zwalczania agresji. „- Jeśli nasze wody terytorialne, przestrzeń powietrzna lub terytorium zostaną naruszone, niezwłocznie skorzystamy z naszego prawa do samoobrony” – powiedział prezydent Korei Południowej.

W przemówieniu telewizyjnym transmitowanym przez główne koreańskie stacje prezydent Korei Południowej potwierdził, że sprawa zatonięcia korwety Cheonan została skierowana do rozpatrzenia przez Radę Bezpieczeństwa ONZ.

Okręt Cheonan zatonął na Morzu Żółtym pod koniec marca. Według południowokoreańskich śledczych, korweta została trafiona torpedą wystrzeloną z północnokoreańskiej łodzi podwodnej. Pjongjang odrzuca te oskarżenia, nazywając je prowokacją. Komunistyczna Północ grozi zerwaniem porozumienia o zakończeniu wojny koreańskiej.

Donos w perspektywie literaturoznawczej

Wielka szkoda, że donosy rozmaitych TW czy KO studiują tylko historycy, których – jak pisał Arystoteles – interesuje tylko “prawda jednostkowa zdarzeń”. Tymczasem można domniemywać, że w tym ogrodzie słabo jeszcze i jednostronnie plewionym kryje się nieprzebrane bogactwo mogące zainteresować badacza literatury. Tak właśnie: literatury, bo trzeba na te teksty spojrzeć też jako na swoisty gatunek literacki. Jest pilna potrzeba opracowania poetyki donosu. Usprawiedliwia takie podejście choćby fakt, iż często namiętnymi wręcz donosicielami byli literaci, piszący niejako “zawodowo”. Taki na przykład Kazimierz Koźniewski – donosiciel “ideowy”, z pozycji “hiperpaństwowca” – ma podobno teczki z 33 lat gorliwej pracy, więc prawdopodobnie już w samym tylko ilościowym wymiarze teksty te przewyższają liczbę stron jego opublikowanych książek i artykułów. Albo taki Wacław Sadkowski, redaktor “Literatury na świecie”: czytałem gdzieś, że jego raporty były prawdziwymi perełkami krytyki literackiej. On książki kolegów – literatów, na których donosił, z wielkim zapałem i pracowitością recenzował, co zresztą podobno nudziło jego oficerów prowadzących.

Jak do tego gatunku podejść? Ze względu na narracyjny charakter donosu naturalne i nawet oczywiste wydaje się zastosowanie kategorii wypracowanych w analizie narracji powieściowej i nowelistycznej (w zależności od rozmiarów donosu, jedno- bądź wielowątkowości, obecności bądź braku szerszego tła itp.). Można założyć, że narrator jest zawsze pierwszoosobowy (choć nie można wykluczyć, że w pewnych wypadkach pluralny), ale niepodobna przesądzić czy podmiot piszący utożsamia się zawsze z narratorem, czy na przykład nie prowadzi “gry z dystansem”; czy udaje narratora “wszechwiedzącego”, jak w tradycyjnej powieści, czy też zawęża perspektywę do poznania bezpośredniego, albo na przykład “wchodzi w skórę” bohatera, czyli tego, na którego donosi, usiłuje go zrozumieć albo usprawiedliwić. Jeśli donos zawiera suche sprawozdanie z czynności i słów – na przykład: “Kiedy byłem u X, przyszedł Y, przyniósł paczkę, pewnie z bibułą, którą X schował za kaloryferem, przez chwilę coś szeptali między sobą, lecz nie mogłem zrozumieć co mówili, potem Y się pożegnał i zapytał jeszcze czy może się odlać, a po spuszczeniu wody i opuszczeniu ubikacji wyszedł z domu” – to mamy do czynienia z ubogą fabułą nowelki w stylu “małego realizmu”. Kiedy, przeciwnie, odmalowuje szersze tło, analizuje status społeczny i materialny “bohatera”, jego korzenie rodzinne, powiązania towarzyskie, zainteresowania, charakter rozrywek – to donos jest epickim freskiem, donosem społeczno-obyczajowym w stylu “wielkiego realizmu”. Kiedy donosiciel tropi jakieś ciemne i/albo paranormalne zdarzenia w życiu inwigilowanego, może być to donos grozy albo nawet donos gotycki. Kiedy analizuje wnikliwie psychikę “bohatera”, docieka motywów i ukrytych sprężyn jego postępowania – będzie to donos introspekcyjno-psychologiczny. Kiedy donoszący przyjmuje z góry założenie o monokauzualnej  przyczynie działalności obserwowanego i podciąga pod nią wszystkie jego zachowania – będzie to donos z tezą albo donos tendencyjny. Szczególnie frapujący, bo trudny technicznie, może być donos będący zapisem strumienia świadomości narratora albo bohatera, a także donos autotematyczny, donos o pisaniu donosu, w którym donosiciel co i rusz przerywa narrację, aby poskarżyć się na swoją niemoc twórczą i trudność w skonstruowaniu wiarygodnego i zadowalającego odbiorcę opisania i zinterpretowania bohatera.

Chociaż założyliśmy epicki charakter donosu, to jednak niektóre realizacje tego gatunku mogą przekraczać granice rodzajowe w stronę czy to monologu lirycznego (liryka roli albo liryka maski donosiciela narzuca się tu jako najbardziej prawdopodobna), czy to dramatyczności. Jeśli donosiciel przytacza z pamięci bądź streszcza swoje bądź cudze, podsłuchane rozmowy w mowie niezależnej, to możemy śmiało mówić o dialogiczności donosu.

Zasadne wydaje się też zbadanie donosu pod kątem analizy stylistycznej (metafory, figury retoryczne etc.; jaką rolę pełnią wykrzykniki, partykuły, anafory) oraz lingwistycznej i teorii komunikatu. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że w donosie dominuje zdecydowanie funkcja referencyjna, ważna jest także funkcja impresyjna (jeśli donosiciel jest ambitny i pragnie wpływać na swojego “prowadzącego” odbiorcę), u donosicieli literatów oczywiście estetyczna i ekspresywna, ale nie lekceważyłbym i innych, a przykład funkcji fatycznej w komunikowaniu się z prowadzącym (przypomina mi się tu nagłówek jednego z donosów w czasie okupacji niemieckiej: Szanowny Panie Gestapo).

Krótko mówiąc, urzekającej roboty badawczej jest huk, toteż wnoszę hasło: Doktoranci IBL-u do archiwów IPN-u marsz! Biegusiem!

Jacek Bartyzel

Zmierzch cywilizacji śmierci

Apogeum sukcesów cywilizacji śmierci będzie zarazem jej końcem. Antyrodzinna polityka prowadzona przez szeroko rozumiany Zachód doprowadza go do upadku.

 

Płodność Słowian jest niepożądana; niech używają prezerwatyw albo robią skrobanki. Im więcej, tym lepiej – te słowa Martina Bormanna znalazły odzwierciedlenie w referacie dwóch niemieckich doktorów, Erharda Wetzla i Gerharda Hechta, ekspertów Urzędu do Spraw Rasowo-Politycznych NSDAP, którzy w listopadzie 1939 roku zarysowali główne założenia niemieckiej polityki ludnościowej na terenie okupowanej Polski: Wszystkie środki, które służą ograniczeniu rozrodczości, powinny być tolerowane albo popierane. Spędzenie płodu musi być na pozostałym obszarze Polski niekaralne. Środki służące do spędzania płodu i środki zapobiegawcze mogą być w każdej formie publicznie oferowane, przy czym nie może to pociągać za sobą jakichkolwiek policyjnych konsekwencji. Homoseksualizm należy uznać za niekaralny. Przeciwko instytucjom i osobom, które trudnią się zawodowo spędzaniem płodu, nie powinny być wszczynane policyjne dochodzenia.

 

Dał nam przykład Adolf Hitler?

 

Doktor Wetzel kształtował także politykę demograficzną Niemców na wschodzie po rozpoczęciu wojny z Sowietami. W roku 1942 pisał: Aby doprowadzić na wschodnich terenach do znośnego dla nas rozmnażania się ludności, jest nagląco konieczne zaniechanie na wschodzie tych wszystkich środków, które zastosowaliśmy w Rzeszy celem podwyższenia liczby urodzin. Na terenach tych musimy świadomie prowadzić negatywną politykę ludnościową. Poprzez środki propagandowe, a w szczególności przez prasę, radio, kino, ulotki, krótkie broszury, odczyty uświadamiające itp. należy stale wpajać w ludność myśl, jak szkodliwą rzeczą jest posiadanie wielu dzieci. (…) Obok tej propagandy powinna być prowadzona na wielką skalę propaganda środków zapobiegawczych. Przemysł produkujący tego rodzaju środki musi zostać specjalnie stworzony. Nie może być karalne zachwalanie i rozpowszechnianie środków zapobiegawczych ani też spędzanie płodu. Należy też w pełni popierać powstawanie zakładów dla spędzania płodu2.

 

Dziś – siedemdziesiąt lat później – większość państw europejskich robi u siebie dokładnie to, co hitlerowcy robili na terenach okupowanych. Sami Niemcy przodują zresztą w procesie wymierania – w ciągu najbliższych czterdziestu lat ubędzie ich najprawdopodobniej przeszło dwadzieścia milionów. Ponadto, co trzeci Niemiec będzie emerytem, a liczba osób starszych dwukrotnie przewyższy liczbę dzieci. W tym samym czasie zniknie ponad trzydzieści milionów Rosjan, a Anglicy do końca XXI wieku staną się w Anglii mniejszością. W Polsce Główny Urząd Statystyczny przewiduje spadek liczby ludności o 5,6 procent do roku 2035, przy czym z każdym rokiem będzie nas ubywać coraz szybciej. W całej Europie istnieje tylko jedno państwo o dodatnim przyroście naturalnym – muzułmańska Albania. W ciągu kilkudziesięciu lat liczba Europejczyków może się zmniejszyć nawet o 180 milionów – czyli o 25 procent! Podobny spadek liczby ludności odnotowano w Europie ostatnio w połowie XIV wieku, podczas wielkiej epidemii dżumy.

 

Patrick J. Buchanan, amerykański konserwatywny polityk i publicysta, autor książki Śmierć Zachodu3 pisze wręcz o samoludobójstwie ludzi o europejskich korzeniach oraz całych ich narodów. Podobnie bowiem wygląda sytuacja w Stanach Zjednoczonych, gdzie bodaj tylko w mormońskim stanie Utah jest więcej dzieci niż starców.

 

Dlaczego Zachód wymiera?

 

Buchanan podaje kilka powodów wymierania Zachodu. W nowym, postindustrialnym modelu gospodarki, mąż i żona, oboje pracując w biurach, pozostawiają w domu swe dzieci bez opieki, jeśli w ogóle mają dzieci. Mężczyzna nie jest dzisiaj w stanie utrzymać niepracującej zawodowo żony i kilkorga dzieci. Kobieta coraz częściej odkłada założenie rodziny ad calendas graecas, przedkładając ponad macierzyństwo karierę zawodową, dobrą figurę czy też rzekomo najważniejsze – zdrowie. Na kryzys demograficzny znacząco wpływają także ruchy feministyczne i antynatalistyczne, które – zwłaszcza w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku – rozpętały paniczny lęk przed wybuchem bomby populacyjnej. Podobnie jak wcześniejszy o półtora wieku maltuzjanizm, również populacyjne obawy Klubu Rzymskiego nie znalazły odzwierciedlenia w rzeczywistości, ale sprzyjały antyrodzinnej propagandzie.

 

Osobną kwestię stanowi niezwykle popularna od schyłku XIX wieku na Zachodzie eugenika. W roku 1919 Margaret Sanger postulowała w Stanach Zjednoczonych więcej dzieci dla ludzi odpowiednich, mniej dla nieodpowiednich, przy czym nieodpowiednimi byli Żydzi, Słowianie, Murzyni i katolicy4. Wydawać by się mogło, że druga wojna światowa ostatecznie skompromitowała tego rodzaju myślenie, stało się jednak inaczej; w dalszym ciągu próbuje się „udoskonalać” rodzaj ludzki poprzez eliminowanie jednostek „gorszych” (najlepiej zanim się urodzą). Dochodzi w ten sposób do zachwiania naturalnego porządku (czego dobry przykład stanowią Chiny, gdzie przez długi czas masowo zabijano dziewczynki, wskutek czego zniszczona została równowaga płci w społeczeństwie).

 

George Ritzer uznaje eugenikę za przejaw makdonaldyzacji społeczeństwa: „produkcja” człowieka ma przebiegać podobnie do produkcji hamburgera5 – jakiekolwiek wykroczenie przeciwko normie (zresztą zazwyczaj lichej) powoduje wyrzucenie produktu na śmietnik. Rodzice mogą mieć ochotę na blondwłosego, błękitnookiego chłopczyka, który w przyszłości osiągnie 182 cm wzrostu – zadaniem naukowców jest spełnić tę zachciankę, a jeżeli poczęte dziecko nie rokuje nadziei na odpowiedni kolor włosów, oczu i wzrost, należy je zabić. Upadł stary ład moralny i dawna hierarchia wartości: niemoralność nie jest piętnowana, a przyjemność seksualną stawia się wyżej od szczęścia rodzinnego. Rokrocznie dokonuje się milionów aborcji, coraz częściej całkiem legalnie. Międzynarodowe organizacje aborcję uznają wręcz za „prawo człowieka”, a jej zakaz stawiają w jednym rzędzie ze stosowaniem tortur. Na niespotykaną wcześniej skalę rozprzestrzeniły się środki antykoncepcyjne. Popularność antykoncepcji i aborcji powoduje, że beztroskie podejście do seksu pozornie nie wiąże się z żadnymi negatywnymi konsekwencjami. W parze z przyzwoleniem na niemoralność idzie wyszydzanie moralności – zatrważająco aktualne pozostają słowa papieża Piusa XI sprzed ośmiu dekad.

 

Publicznie, z bezwstydną szczerością – pisał Ojciec Święty – depcze się i ośmiesza świętość małżeństwa: żywym słowem, drukiem, w teatrach, romansach, erotycznych opowieściach i satyrach, w kinach, wykładach radiowych, wszelkimi w ogóle nowoczesnymi wynalazkami. Rozwody, cudzołóstwa, przeróżne występki wychwala się lub przedstawia tak nęcąco, jakby w nich nic grzesznego ani hańbiącego nie było. Ukazują się wydawnictwa, zachwalane jako naukowe, w rzeczy samej jednakże przybrane tylko w pozory naukowości, aby tym łatwiej zdobyć zaufanie czytelników. Głoszone w nich zasady podaje się za wyniki współczesnej nauki, i to nauki starającej się o ustalenie samej tylko prawdy, a odrzucającej przestarzałe przodków przesądy6.

 

Warto zaznaczyć, że tak wielkie zepsucie zaczęło ogarniać społeczeństwo poczynając od warstw zamożniejszych. Biskup Tihamer Toth wołał w latach trzydziestych ubiegłego stulecia: Niezaprzeczalnym faktem jest, że ta zaraza moralna, tocząca życie narodów, rozpoczęła się w rodzinach zamożnych, które mogłyby wychować większą liczbę dzieci, bo ich stać nie tylko na chleb, ale i na rozmaite zbytki: ale zamiast dzieci, woleli osobiste wygody, spokój i nieskrępowanie7 – wobec takiego podejścia trudno się dziwić eugenicznym zapędom kapryśnych „rodziców”, jeśli już wreszcie zdecydują się na, rzecz jasna jedyne, dziecko.

 

Kiedy zaleje nas potop?

 

Europejczyków ubywa, a świat się rozrasta: według najnowszych prognoz do roku 2050 na świecie będzie żyło o ponad dwa miliardy ludzi więcej – z czego 90 procent Afrykanów i Azjatów. Już obecnie w Europie mieszka ponad 50 milionów muzułmanów. Statystycznie są oni znacznie młodsi od Europejczyków i mają znacznie więcej dzieci. Grupa ta w ciągu dwudziestu lat może się nawet podwoić – a przecież uwzględnić trzeba nowe fale imigracji!

 

W latach siedemdziesiątych na kartach powieści zatytułowanej Obóz świętych Jean ­Raspail opisał „pokojową” inwazję milionów najeźdźców z Trzeciego Świata, wobec których Europa – obezwładniona własnym dobrobytem oraz ideologią „tolerancjonizmu” – okazuje się bezbronna. Pisarza okrzyknięto wówczas faszystą i ksenofobem, zgodnie ze stalinowską dyrektywą z roku 1943: Gdy obstrukcjoniści staną się zbyt irytujący, nazwijcie ich faszystami, nazistami albo antysemitami. Skojarzenie to, wystarczająco często powtarzane, stanie się faktem w opinii publicznej. Dzisiaj jednak ponury scenariusz Raspaila sprawdza się w sposób tak oczywisty, że nawet „Gazeta Wyborcza” w recenzji Obozu świętych stwierdziła, że to powieść prorocza.

 

Przed kilkoma laty Patrick Buchanan uznał, że jedynie społeczna kontrrewolucja albo przebudzenie religijne mogą odwrócić pogłębiający się proces umierania Zachodu, i to zanim coraz niższy wskaźnik urodzeń zamknie ostatnie wyjście i zaciągnie kurtynę nad dobiegającą końca historią człowieka Zachodu. Lecz żadnego z tych zdarzeń nie widać na horyzoncie. Kiedy rozpędzony samochód mknie ku przepaści, od pewnego momentu nawet właściwe decyzje kierowcy nie mogą go już ocalić. Trudno powiedzieć, czy ratunek przed katastrofą demograficzną jest jeszcze możliwy – nie bez powodu Buchanan wyjaśnia, iż jego książka nie jest przepowiednią tego, co ma nastąpić w przyszłości; to opis tego, co dzieje się TERAZ. Młodych ludzi jest po prostu za mało, by mogli – gdyby się nagle ocknęli – odbudować populację… Zachwiana została równowaga pomiędzy pokoleniami: społeczeństwa zachodnie są coraz starsze, co oznacza, że coraz mniejsza grupa ludzi w wieku produkcyjnym musi utrzymywać coraz większą grupę emerytów. Dodać należy, że dzieje się to w czasie bezprecedensowego rozkładu więzów rodzinnych czy międzypokoleniowych. Trudno się zresztą temu dziwić: na emeryturę odchodzi właśnie pokolenie, które czterdzieści lat temu wzniosło okrzyk: Nie ufaj nikomu po trzydziestce! Na Zachodzie to właśnie pokolenie własnych rodziców umieściło w domach starców, a przed dziećmi wszelkimi możliwymi sposobami, zazwyczaj skutecznie, się obroniło. Jak trafnie zauważył Roman Galar: Wielu bezdzietnym Europejczykom horyzont zainteresowania przyszłością wyznacza ich własna egzystencja, zaś głównym dylematem jest jak skonsumować cały dorobek życia przed śmiercią. Postawa taka spotka się zapewne z kontrakcją naszych następców, w zrozumiały sposób niechętnych do poświęceń na rzecz szczęśliwej starości osób, które dbały wyłącznie o siebie. Wszystko to zdaje się wskazywać, że coraz popularniejsze będą iście diabelskie „rozwiązania” kłopotu demografii i starzejących się społeczeństw – takie jak legalizacja, a następnie upowszechnienie eutanazji.

 

Za późno na ratunek?

 

Być może na ratunek dla Zachodu jest już za późno. Zepsuta cywilizacja, która wypowiedziała wojnę Bogu, zasługuje na los Sodomy i Gomory. Dotycząca Kościoła obietnica Pana Jezusa, iż bramy piekielne go nie przemogą (Mt 16, 18), nie mówi nic o cywilizacji białych ludzi – Kościół może trwać i bez nich. Przetrwał wszak upadek Rzymu, po czym nawrócił dzikich pogan i dał początek średniowieczu – albowiem świat się kręci, a krzyż stoi. Jeśli jednak można gdzieś upatrywać nadziei na ocalenie tego, co dzisiaj nazywamy Zachodem, wydaje się, że może ono nastąpić wyłącznie za pomocą kubła zimnej wody, która ocuci pijanych hedonistów. Chesterton mawiał, że dobrobyt nie sprzyja rachunkowi sumie­nia. Kto wie, może obecny kryzys gospodarczy – o ile zburzy panujący w Europie i Ameryce rozleniwiający dostatek – pozwoli Zachodowi oc­knąć się i zawrócić z samobójczej drogi?

Platformy lans na Wyklętych?

Czy minister sprawiedliwości Marek Biernacki zapowiadając powstanie Muzeum Ofiar Komunizmu chciał PR-owsko wykorzystać wzrost zainteresowania Polaków tematem Żołnierzy Wyklętych? Istnieją poszlaki wskazujące na to, że tak właśnie mogło być.

Pałac Prezydencki, 28 lutego 2014 roku. Marek Biernacki, minister sprawiedliwości, zapowiada powstanie Muzeum Ofiar Komunizmu. Problem jednak w tym, że w jego resorcie trudno uzyskać jakiekolwiek informacje na temat mającej powstać podobno placówki. W ogóle niewiele wiadomo na ten temat.

Obietnica

Minister Biernacki obiecał, że muzeum powstanie w budynku przy ul. Rakowickiej, czyli w słynnym Areszcie Śledczym, w którym komuniści dręczyli i mordowali niepodległościowców. Jak stwierdził szef resortu sprawiedliwości, budynek ma być wyłączony „z całego użytkowania służby więziennej”. Zapowiedź tę minister uzupełnił o konkret: – Już to robimy i realizujemy jako Muzeum Ofiar Komunizmu, systemu totalitarnego. I na koniec padła obietnica: – Obiecuję to rodzinom, obiecuję panu prezydentowi.

Słowa te Biernacki wypowiedział w przeddzień Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Chwilę wcześniej ujawniono nazwiska kolejnych Niezłomnych, których szczątki odnaleziono na warszawskiej „Łączce”, dzięki staraniom IPN, Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów i wsparciu Ministra Sprawiedliwości.

PCh24.pl postanowiło dowiedzieć się na jakim etapie są obecnie prace nad placówką nazwaną przez ministra Biernackiego Muzeum Ofiar Komunizmu.

Głucho wszędzie

Pierwsze kroki skierowaliśmy do Ministerstwa Sprawiedliwości. Skoro szef resortu obiecał, to wydawało się nam więcej niż prawdopodobne, że to tam zdobędziemy odpowiedź na najważniejsze pytania. Prosiliśmy o kilka informacji na temat mającej powstać placówki, np. kiedy narodził się pomysł i czy trwają już nad nim prace, kto będzie odpowiadał ze kwestie merytoryczne muzeum oraz czy wiadomo coś na temat treści ekspozycji. W Biurze Prasowym Ministra Sprawiedliwości zderzyliśmy się jednak ze ścianą. Okazało się, że resortowi urzędnicy nic nie wiedzą na ten temat. Odesłano nas do Kancelarii Prezydenta. Przecież to tam padła obietnica ministra.

Posłusznie zastukaliśmy do drzwi Pałacu Prezydenckiego, a ściślej do Biura Prasowego głowy państwa. Postawiliśmy im podobne pytania. Oto treść odpowiedzi, którą otrzymaliśmy: „W odpowiedzi na Pana pytania uprzejmie informujemy, że Kancelaria Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej nie jest organizatorem ani organem założycielskim planowanego muzeum zbrodni komunizmu. Prezydent RP Bronisław Komorowski w 2012 roku był natomiast autorem apelu o utworzenie muzeum zbrodni komunizmu. Wyraził też opinię, że najlepszym miejscem na siedzibę takiego muzeum byłyby historyczne budynki aresztu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Wedle naszej wiedzy w Ministerstwie Sprawiedliwości trwają już prace mające ocenić możliwość przeznaczenia budynków przy ul. Rakowieckiej na potrzeby tego rodzaju muzeum”.

Tyle Kancelaria Prezydenta. Wygląda na to, że obietnica złożona głowie państwa i – co najważniejsze – rodzinom ofiar komunistycznych zbrodni, została rzucona pochopnie. My jednak nie poddajemy się. Szukamy nadal. Tak zawędrowaliśmy na ul. Rakowiecką, czyli do miejsca, gdzie ma podobno powstać placówka. Obecnie mieści się tam tymczasowy areszt dla mężczyzn. Zapytaliśmy czy wiadomo cokolwiek na temat prac nad ekspozycja upamiętniającą ofiary komunizmu. – Na tą chwilę w areszcie nie są prowadzone żadne prace nad muzeum, ale być może odpowiednie decyzje w tej sprawie zapadają w ramach ustaleń między Centralnym Zarządem Więziennictwa a Ministerstwem Sprawiedliwości. Podkreślam: być może, bo nie umiem Panu odpowiedzieć na pytanie czy tak jest. Kwestia powstania muzeum nie leży w ogóle w naszych kompetencjach – powiedział PCh24.pl oficer prasowy Aresztu Śledczego w Warszawie-Mokotowie, ppor. Aneta Wilkos-Hernik.

Tak zostaliśmy z pustymi rękoma. Opadając z sił skierowaliśmy się jeszcze do IPN. Może tam uda się dowiedzieć czegokolwiek na temat szumnych zapowiedzi ministra sprawiedliwości. Jednak w Wydziale Komunikacji Instytutu niewiele wiadomo na temat Muzeum Ofiar Komunizmu. Jedyne informacje jakie uzyskujemy to takie, że przy zbiegu ul. Koszykowej i Alei Ujazdowskich, w dawnej siedzibie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ma powstać izba pamięci przetrzymywanych tam ofiar komunistycznych represji. To jednak zupełnie inny projekt prowadzony przez Muzeum Powstania Warszawskiego nad którym trwają prace. Trudno jednak zakładać, by IPN miał jakąkolwiek wiedzę na temat zapowiedzianego przez ministra Biernackiego muzeum, skoro urzędnicy w jego resorcie nie potrafią odpowiedzieć nam na, choćby najbardziej ogólnikowe, pytania.

PR na Wyklętych?

Żołnierze Wyklęci w ostatnich latach stali się niezwykle popularni. Młodzi ludzie od 2011 roku tłumnie uczestniczą w marszach pamięci, organizowane są konferencje tematyczne, a książki na temat antykomunistycznego powstania cieszą się wielką popularnością. Rosnące znaczenie Niezłomnych to dowód na renesans zainteresowania najnowszą historią Polski. Czy obietnica Biernackiego dotycząca powstania Muzeum Ofiar Komunizmu to próba wpisania się w jakąś „modę”, popłynięcia z falą nowego trendu? Czy możliwe jest, by po tak stanowczych słowach swojego szefa zapowiadających powstanie placówki muzealnej, jego współpracownicy odłożyli tę kwestię na boczny tor? Te pytania pozostają bez odpowiedzi. Obawa, że PO chce zdyskontować zainteresowanie Wyklętymi i kolejnymi odkryciami na „Łączce” nie wydaje się być tylko czczym niepokojem.

Krzysztof Gędłek

Prof. Piotr Nowak o fetyszu legalizmu

Interesujące i jakże aktualne rozważania prof. Piotra Nowaka (Fetysz legalizmu) w dzisiejszym „Plus Minus”, wokół rozprawy Carla Schmitta Legalność i prawomocność (nb. – ale to już wina tłumacza tego dzieła, a nie autora artykułu – uważam za fatalny i zaciemniający sens kardynalnego przeciwstawienia błąd przetłumaczenie Legitimität jako „prawomocności”, która nie wykracza przecież poza sferę pozytywnej legalności: mówimy wszakże, że jakiś wyrok jest prawomocny lub nie z uwagi na pewne z góry ustalone kwestie proceduralne, jak przepisany termin uprawomocnienia się; a jest to tym bardziej dziwne, że ten sam tłumacz – Bogdan Baran – używa właściwego określenia „prawowitość” w przekładzie Teologii politycznej 2, s. 127 i dalej).

Ale wracając do artykułu: prof. Nowak podąża za wskazanymi przez Schmitta aporiami teoretycznymi i wynikającymi z nich konfliktami politycznymi, rozdzierającymi nieuchronnie, a w końcu prowadzącymi do zapaści z powodu nieobecności suwerena będącego „najwyższym  prawodawcą, najwyższym sędzią i najwyższym rozkazodawcą, ostatecznym źródłem legalności i ostatecznym podłożem prawomocności” [właśc. prawowitości - JB]. demokrację parlamentarną (“mieszczańskie państwo prawa”) wskutek tego, iż jest ona niespójną mieszanką czterech typów państwowości: “parlamentarnego państwa prawodawczego”, sędziowskiego “państwa jurysdykcyjnego” (państwa paragrafów i paragrafiarzy”), rozkazodawczego “państwa rządowego” oraz “państwa administracyjnego”, którym nikt nie kieruje, a rzeczy rządzą się same. Oczywiście teoretycznym “suwerenem” jest w takim państwie lud/naród “wyborczy”, ale w rzeczywistości prymitywna arytmetyka wyborcza sprawia, że “demokratyczna tożsamość rządzących i rządzonych” (co jest przecież – przypomnijmy – istotą demokracji według jej “arcykapłana” Hansa Kelsena) rozpada się zanim zaistniała, natomiast “naród” polityczny dzieli się na choćby 51-procentową większość, która robi co chce i nawet 49-procentową mniejszość, która dezawuuje wszystko, co robi większość. Ostatecznie więc demokracja jest “zorganizowana tak, by własnie ignorować zgromadzony naród jako taki, gdyż cechą swoistą praworządnego ustroju mieszczańskiego jest ignorowanie suwerena, niezależnie od tego, czy jest nim monarcha, czy naród”.

Prof. Nowak punktowo wskazuje główne skutki takiego pomieszania, które nie mogą nie kojarzyć się z obecnym kryzysem politycznym w Polsce. Systematyzując jego wskazówki i odnosząc je już wprost do naszej rzeczywistości można by, jak sądzę, opisać ją tak. Przez osiem lat obóz, którego jadrem była Platforma Obywatelska posiadał wygodną większość dającą mu pełnię władzy w obszarze “parlamentarnego państwa prawodawczego”, tym samym zaś “państwa rządowego” (ściślej mówiąc jednak raczej “państwa administracyjnego”, ponieważ istotnych dźwigni rządzenia wyzbył się na rzecz Berlina i Brukseli), nadto majac posłusznego sobie prezydenta. Pozwoliło mu to z nieograniczoną butą i arogancją ignorować w każdej kwestii stanowisko ówczesnej opozycji, wobec której miał zawsze tylko jedną odpowiedź: “jak chcecie żeby było inaczej, to wygrajcie sobie wybory”. Jednocześnie mógł z takim samym lekceważeniem odnosić się do “państwa jurysdykcyjnego”, czego oczywistym dowodem ignorowanie ówczesnych orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego (w liczbie bodaj 48), ten zaś Trybunał był potulny jak baranek, bo wiedział nie tylko, że jest bezsilny, ale władza jest w “odpowiednich” rękach, czyli namaszczonych przez “starszych i mądrzejszych”. Jednak ówczesna większość przewidując (i trafnie), że te wybory jednak przegra, złamała bez żenady legalizm wybierając “nadkompletowych” sedziów TK, z oczywistą intencją zablokowania spodziewanych ustaw nowej większości i działań rządu. Nowa zaś większość, uskrzydlona fundamentalną przecież fikcją reprezentowania “woli” narodu/ludu wyborczego oraz zamierzająca naprawdę rządzić, a nie tylko administrować, zaczęła tak samo tratować ów legalizm, aby wyrąbać sobie drogę do wcielania swoich pomysłów na rządzenie. W tym momencie jednak “władza jurysdykcyjna”, pozbawiona przyjaznej sobie władzy “państwa prawodawczego” oraz “państwa rządowego”, poczuła wiatr w żaglach i stanęła z nimi do walki, mając za cel stanie się “nadwładzą” terroryzującą zdrowy rozsądek logiką paragrafiarstwa, a czując się silna to czynić, bo mając za plecami ludzi z byłego “państwa prawodawczego & administracyjnego), którzy utraciwszy stołki przestawili się na demokrację wiecowo-uliczną i zaczęli wyzwać pomocy zagranicy.

Wszystko to może się więc skończyć tylko wojną totalną, wyniszczającą państwo po prostu – chyba że pojawi się w końcu “komisarz operacyjny”, który dla ratowania jego (państwa) prawdziwej konstytucji, czyli zdolności do działania dla dobra narodu, po prostu zawiesi ustawę konstytucyjną i położy kres anarchii. Ale na to się niestety nie zanosi.

Jacek Bartyzel

Co to jest cywilizacja turańska

 

CYWILIZACJA TURAŃSKA – jedna z siedmiu, zdaniem Feliksa Konecznego, wciąż żywotnych cywilizacyj, czyli metod ustroju życia zbiorowego, ukształtowana na obszarach Wielkiego Stepu i charakteryzująca się m.in. wyłącznie wojskową formą organizacji społecznej, tj. łączeniem się w plemion w ordy, zdolne do podbojów oraz tworzenia rozległych, ale nietrwałych, imperiów; brakiem wyższych niż rodowe więzi społecznych; amoralnością władców; indyferentyzmem religijnym; równouprawnieniem monogamii, poligamii i konkubinatu; brakiem zainteresowań naukowych, ale przyswajaniem sobie wynalazków technicznych.

Zdaniem wielu współczesnych egzegetów Mistrza Feliksa, cywilizację turańską najlepiej można rozpoznać po tym, że u Turańców wódz jedzie na koniu, a za nim biegną jego podwładni tam, gdzie on im każe. Dlaczego na Wielkim Stepie można wyhodować tylko jednego konia oraz dokąd i po co tak gnają – kroniki imperiów turańskich milczą, a egzegeci takoż. Niektórzy wszakże wysuwają przypuszczenie, że chodzi o to, aby dopaść i zniszczyć cywilizację łacińską. Przesłanką tej hipotezy jest obserwacja, iż cywilizacja łacińska do cna by już zmarniała, gdyby – niewątpliwym zrządzeniem przychylnej jej Opatrzności – nie wystąpili w jej obronie i nie stawili samowtór czoła Turańcom: Jenerał Wojsk Polskich Wojciech Katechon-Jaruzelski oraz Docent socjobernetyk Józef Kossecki ORMO (1).

Najbardziej znanymi reprezentantami cywilizacji turańskiej w historii byli: Czyngis-chan (Temudżyn), Timur Kulawy (Tamerlan), Jumdżaagijn Cedenbał (2) i Józef Piłsudski. Ten ostatni był także masonem, Bratem Dozorcą w loży “Gorliwy Litwin”, afiliowanej do Wielkiego Wschodu Turanu. Poprzez niego cywilizacja turańska ma również jakiś, acz nie do końca wyświetlony, związek z romantyzmem politycznym.

Najbardziej intrygującym obecnie problemem badawczym dotyczącym cywilizacji turańskiej jest pytanie, dlaczego dotąd nie zaliczano do niej Don Kichota z La Manczy. Wszakże on też był romantykiem walczącym z wiatrakami, cele miał wojenne, a przede wszystkim gnał przed siebie na koniu, podczas gdy jego giermek Sanczo Pansa musiał się za nim telepać na osiołku. Być może dlatego, że Rosynant to była bardzo marna szkapa.

Przypisy:

(1) ORMO – taka kongregacja pobożna; pełna nazwa – Zakon Braci Większych z Jeszcze Większymi Pałami.

(2) W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej znani byli także – pojawiający się zawsze w maju – kolarze z bratniej Mongolskiej Republiki Ludowej, którzy każdego roku zajmowali zaszczytne ostatnie miejsce w Wyścigu Pokoju. Ich istnienie dowodzi wszelako, że już przynajmniej nie musieli biegać per pedes za Wodzem na koniu.